Obrona przepisów o dostępie do informacji publicznej nie może się udać, jest zbyt karkołomna.
Tego po prostu nie da się obronić. Im bardziej prawnicy i komentatorzy krytykują nowe przepisy o dostępie do informacji publicznej, tym bardziej politycy brną. Prezydent stwierdził, że przepisy są w porządku, tylko tryb ich wprowadzenia nie taki. Premier mówi z kolei, że gdyby nie „poprawka Rockiego”, rozwiązanie spraw takich jak spór Skarbu Państwa z Eureko byłoby niemożliwe, a kraj byłby wydany na łup kombinatorów i spekulantów. Słowem, bronią przepisów niejasnych, dających dowolność interpretacji, złych. Jakich zresztą wiele w tym kraju.
Nie można jednak dać się ponieść histerii w żadną ze stron. To prawda, że deklaracje polityków, każdej opcji, o konsultacji z prawnikami czy przeprowadzaniu analiz w jakiejkolwiek sprawie trzeba traktować z daleko posuniętą nieufnością. Często te dokumenty charakteryzują się tym, że albo w ogóle ich nie ma, albo są żenujące. Jeżeli natomiast jakiś problem, o dziwo, jest rzeczywiście rozwiązywany dzięki żmudnej pracy analitycznej, to urzędnicy z reguły nie pragną niczego innego, jak się tym pochwalić. I zrobią wszystko, żeby dokument jakoś dotarł do opinii publicznej. Takie mamy państwo, a kwestia dostępu do analiz, na podstawie których są podejmowane decyzje, to kwestia jakości rządzenia.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.