Reklama
Można by sądzić, że w kraju, gdzie obowiązywanie lub nie przepisów zależy nie tylko od decyzji ustawodawcy oraz sądów i trybunałów, lecz do pewnego stopnia nawet od publikatora aktów prawnych, nic już nie może zdziwić. Wniosek pierwszej prezes Sądu Najwyższego do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie administracyjnego zatrzymania prawa jazdy jednak mnie zaskoczył. Głównie dlatego, że w przeciwieństwie do kilku innych wniosków kierowanych na al. Szucha (np. o zbadanie konstytucyjności art. 4171 k.c. dotyczącego odpowiedzialności odszkodowawczej Skarbu Państwa za bezprawie legislacyjne skierowany przez premiera albo ten I prezes SN dotyczący ustawy o dostępie do informacji publicznej czy prokuratora generalnego kwestionujący prawo SN i NSA do wydawania uchwał) intencją wnioskodawczyni wydaje się chęć rozwiązania rzeczywistego problemu, z którym borykają się obywatele.
Moje zaskoczenie jest tym większe, że już straciłem nadzieję, że ktokolwiek kiedyś spróbuje go rozwiązać. Chodzi o zatrzymywanie prawa jazdy za przekroczenie prędkości o więcej niż 50 km/h w obszarze zabudowanym (a także przewożenie zbyt dużej liczby pasażerów). Jeszcze przed wejściem w życie tych przepisów, m.in. na łamach DGP, wylano hektolitry atramentu na temat potencjalnej niekonstytucyjności proponowanych rozwiązań. Zatrzymanie dokumentu na trzy miesiące jest równoległe z karą wymierzaną na podstawie kodeksu wykroczeń. Wśród licznych ekspertów, którzy tak twierdzili, szczególnie wypada wspomnieć podówczas doktora, dziś już habilitowanego, Marcina Warchoła.
– Kumulatywne stosowanie sankcji jest wyrazem nadmiernego rygoryzmu prawnego, który nie uwzględnia zasady proporcjonalności i jest sprzeczny z zasadą ne bis in idem, czyli zakazu podwójnego karania za ten sam czyn – mówił na naszych łamach Marcin Warchoł w czerwcu 2015 r., a więc krótko po wejściu w życie przepisów. – Policjant na drodze jest zarówno prokuratorem, sądem, jak i egzekutorem. Tymczasem zatrzymanie prawa jazdy to śmierć cywilna drobnych przedsiębiorców, dla których samochód jest jednym źródłem zarobkowania – dodawał, tłumacząc, że automatyzm i nieuchronność kary, sposób ustalenia konsekwencji naruszenia przepisów bez miarkowania, a także brak możliwości odwołania się do sądu powszechnego sprawiają, że jest duża szansa, iż TK te regulacje uchyli. Co więcej, dał nawet trybunałowi szansę, by to zrobił. Kiedy jedną z pierwszych decyzji Adama Bodnara przepisy te zostały skierowane do TK, to stało się tak przy wydatnym udziale pracującego wówczas w biurze rzecznika dra Warchoła.
Trybunał jednak głównych wątpliwości nie podzielił, inne w nieznacznym zakresie uwzględnił. W wyroku z 11 października 2016 r. (sygn. akt K 24/15) stwierdził mianowicie, że o podwójnym karaniu nie może być mowy. Przyznał, że brak kontratypu w postaci nieuwzględnienia stanu wyższej konieczności jest niedopuszczalny, natomiast wszelkie niedostatki wynikające z kontroli zasadności (a w raczej braku możliwości takiego badania) zatrzymania prawa jazdy w postępowaniu administracyjnym zbagatelizował i umorzył postępowanie.
Problem, który starał się wtedy trybunałowi naświetlić RPO, ujawnia się, gdy kierowca odmawia przyjęcia mandatu i kwestionuje popełnienie wykroczenia, które skutkuje zatrzymaniem prawa jazdy. Bo np. podważa wynik pomiaru, wskazując np., że wcale nie przekroczył prędkości o 50, tylko np. 45 km/h, albo twierdzi, że jechał prawidłowo, a policjant lub fotoradar zmierzył pojazd wyprzedającego go auta. Lub też że prędkość, owszem, została zmierzona poprawnie, ale zdarzenie to miało miejsce już poza albo jeszcze przed znakami wyznającymi obszar zabudowany. Fakt, że będzie on starał udowodnić przed sądem swoją niewinność, w żaden sposób nie wstrzymuje jednak decyzji starosty o zatrzymaniu prawa jazdy na trzy miesiące. Ówczesny TK ustami sędziego Biernata plótł trzy po trzy, że przecież prawo do sądu jest zachowane, bo administracyjne zatrzymanie prawa jazdy to decyzja administracyjna, od której przysługuje odwołanie do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, a następnie wojewódzkiego czy nawet Naczelnego Sądu Administracyjnego. I że w ramach tej kontroli organ ma przecież możliwość badania, czy wykroczenie będące podstawą wydania decyzji o zatrzymaniu prawa jazdy zostało popełnione czy nie. Tymczasem przepisy były proste jak drut. Jedyną podstawą zatrzymania prawa jazdy na trzy miesiące jest informacja od policji o tym, że nastąpiło wykroczenie, które obliguje starostę do zastosowania tego środka. Jak policjant powie, że tak było, starosta ma zabrać prawo jazdy i już. Po drugie, nawet gdyby było inaczej i w ramach postępowania administracyjnego organ lub sąd badałby, czy kierowca popełnił wykroczenie czy nie, to zanim uzyskałby on dla siebie wyrok np. WSA, do tego czasu zatrzymany na kwartał dokument już trzy razy zdążyłby odzyskać. Dla wszystkich – może z wyjątkiem najmłodszych dzieci i sędziów TK – było to oczywiste. Ale wyrok zapadł, a problem pozostał. Natomiast Marcin Warchoł nie pozostał w biurze RPO. Poszedł w ministry i profesory.
Czy można sobie wyobrazić lepsze stanowisko do tego, by móc rozwiązać problem, który się tak zdecydowanie krytykowało, niż wiceminister sprawiedliwości? Minęła jednak jedna kadencja, zaczęła się druga (w której Marcin Warchoł został nawet posłem), a przepisy praktycznie się nie zmieniły. Jeśli nawet sądy karne uznawały po wielu miesiącach, że kierowca był niewinny, to i tak kara administracyjna była już wykonana, a taki człowiek był przez trzy miesiące pozbawiony możliwości prowadzenia pojazdu.
Na łamach DGP podawaliśmy kolejne argumenty przemawiające za tym, że nakładana od razu sankcja administracyjna ma się nijak do domniemania niewinności. Jeśli np. za przekroczenie prędkości policjant zatrzyma prawo jazdy, a kierowca złoży na tę decyzję zażalenie, to sąd po zapoznaniu się z jego argumentami może do czasu rozpoznania sprawy o wykroczenie dokument mu zwrócić. Ale nie obliguje to starosty w żaden sposób do cofnięcia lub zawieszenia wykonania decyzji o zatrzymaniu prawa jazdy. Innymi słowy sąd, uwzględniając zażalenie, musi mieć wątpliwości, czy zatrzymanie uprawnień okaże się zasadne. Z punktu widzenia postępowania administracyjnego nie ma to znaczenia. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem bezsens związany z automatycznym stosowaniem środków administracyjnych zostanie dostrzeżony i I prezes SN skończy to, co niegdyś zaczął ambitny prawnik z biura rzecznika. Bo jeśli nie, to sytuację będą mogły uratować już chyba tylko pozwy kierowców domagających się wysokich odszkodowań i zadośćuczynień za każde bezprawne zatrzymanie prawa jazdy.