Kiedy byłam mała, słowo „tolerancja” miało pozytywny wydźwięk. Nie było też niczym zdrożnym mówić „Cygan” czy „Murzyn”, jeśli ktoś akurat był Cyganem lub Murzynem. Im jednak jestem starsza, tym więcej słów muszę ze swojego słownika usuwać, o ile nie chcę spotkać się z towarzyskim ostracyzmem jako wyznawczyni skrajnego światopoglądu – z prawa czy z lewa. Czy dałoby się ten proces odwrócić?
Zdarza mi się pisać – choć dużo częściej czytać – o prawie. Maczugą, którą okłada się – zwłaszcza w ostatnich miesiącach – przeciwników, stało się m.in. pojęcie jego instrumentalizacji. Traktowanie prawa jak instrumentu ma być dowodem na to, że przeciwnicy polityczni mają giętkie kręgosłupy i łamią wszelkie zasady, by po trupach dojść do celu – którym jest oczywiście ich własny interes. Czy to znaczy, że traktowanie prawa jako instrumentu, narzędzia do osiągania celów, jest złe?
Banałem będzie stwierdzenie, że każdy instrument może służyć sprawom dobrym i podłym. Nie inaczej jest z prawem. Źle się jednak dzieje, kiedy rządzący zapominają o tym, że prawo ma służyć rozwiązywaniu problemów społecznych. Ma być wyciągane jako narzędzie – wykorzystywane ni mniej, ni więcej, lecz właśnie instrumentalnie – tam, gdzie w społeczeństwie rodzi się patologia, której inaczej zapobiec się nie da. Nie ma natomiast służyć wychowywaniu obywateli, uczeniu ich dobrych manier, zaspokajaniu sumienia grupy trzymającej władzę czy też robieniu dobrego wrażenia.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.