Komentarz tygodnia
Daleka jestem od histerii, z jaką niektórzy reagują na nowy kształt prokuratury. Ten, w którym jej szef będzie członkiem Rady Ministrów i będzie miał większy wpływ na to, jak ta struktura funkcjonuje. Co do szczegółów na pewno można się spierać: ile interwencji w śledztwa, ile gwarancji niezależności. Ale co do zasady nie będę politycznego pomysłu Zbigniewa Ziobry potępiać w czambuł. Tym bardziej że nowa prokuratorska ustawa zawiera też przepisy ewidentnie słuszne: choćby te o dociążeniu wyższych szczebli pracą śledczą czy o jawności postępowań dyscyplinarnych. Prokuratura ma być wydajna, skuteczna, odpowiedzialna za swoje czyny.
Nijak mi się jednak ta reforma nie klei z drugą, prowadzoną równolegle, która zakłada powrót do PRL-owskiego modelu procesu karnego. Wspólną troską oskarżyciela i sędziego jest w nim znalezienie dowodów, które pozwolą skazać oskarżonego. Mam déja vu – ledwie przed rokiem pisałam: „jest powodem prokuratorskiej chluby każde skazanie. Skazanie oznacza, że oskarżyciel był skuteczny. W aktualnym stanie prawnym oznacza też, że nawet jeśli nie był do końca skuteczny, to utrzymać akt oskarżenia pomógł mu sędzia. Tak więc Prokuratura Generalna od lat szczyci się wskaźnikiem skuteczności dobijającym do 100 proc.: tylko mniej niż co 10. oskarżony wychodzi z sądu z wyrokiem »niewinny«”. Od kwietnia słowa te znów staną się niestety prawdziwe.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.