Trzeba doprawdy niezwykłego tupetu, by doszukiwać się związku treści wyroku sądowego nawet już nie z osobą samego sędziego wydającego ten wyrok, ale z jego rodzinnymi relacjami – tak jak to uczynił ostatnio pewien publicysta, lustrując matkę sędziego Tulei.
Doprawdy, po doświadczeniach lat 50., kiedy dyskwalifikowano ludzi ze względu na sam fakt posiadania krewnych za granicą, wydawać by się mogło, że nikt o zdrowych zmysłach już dziś po takie familijne badania nie będzie sięgał, nie chcąc się wpisać w poetykę tamtych lat. Ale najwyraźniej widać, że wiedza o stalinizmie już się zatarła albo w ogóle nie dotarła do wszystkich urodzonych po 1956 r. dziennikarzy.
Swoją drogą passus o skojarzeniach z czasami stalinowskimi niektórych metod stosowanych w śledztwie w sprawie doktora G. wywołał chyba dlatego taką reakcję w obrońcach funkcjonariuszy CBA, że tamte lata zdają się być dla młodszego pokolenia już tylko czasami mitycznymi. A jeśli jest coś mityczne, to tym samym nierealne. Przesłuchania nocne, zastraszanie przesłuchiwanych – naprawdę tak to było w czasach stalinowskich? Przecież tamten okres to wyrywanie paznokci, bicie i sadzanie na nodze odwróconego krzesła. Przesłuchanie nocą to coś złego? Przecież w ustawie nie jest napisane, że nocą nie wolno przesłuchiwać.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.