Wywiad rzeka z prof. Małgorzatą Gersdorf to znakomite studium przypadku, jak władza polityczna przejmowała Sąd Najwyższy. Epilog został dopisany już po rozmowie Krzysztofa Sobczaka z Małgorzatą Gersdorf. Dwa lata temu Zbigniew Ziobro powiedział, że I prezesem SN będzie Małgorzata Manowska. I właśnie nim została.
Reklama
Media
Jedyny kłopot, jaki mam ze słowami prof. Gersdorf, jest taki, że na bieżąco śledziłem omawiane przez nią wydarzenia. I wiele niekorzystnych dla byłej już prezes niuansów całkowicie wyparła ona z pamięci. Zaś zadający pytania Krzysztof Sobczak swej rozmówczyni najwidoczniej nie chciał rozsierdzić i nie dopytywał.
Słowo „błąd” w książce pojawia się siedmiokrotnie. Kolejne błędy popełniało Prawo i Sprawiedliwość. Błąd popełniła Platforma Obywatelska. Błądził Sejm. Błądzili dziennikarze. Ba, nawet obywatele nie ustrzegli się błędów. Tylko jakoś słowo „błąd” w ustach Małgorzaty Gersdorf nie dotyczy jej samej. A przecież w ciągu sześciu lat walki z politykami kilka też popełniła.
O słynnej obecności I prezes na zaprzysiężeniu nowego sędziego Trybunału Konstytucyjnego – „dublera” – dowiadujemy się jedynie tyle: „pamiętam, było coś takiego (...), nie pamiętam szczegółów tej sytuacji”. No i jeszcze, że wysłanie zaproszenia do Małgorzaty Gersdorf było „wpadką” ze strony kancelarii prezydenta. A przecież oświadczenie wydane wówczas przez rzecznika prasowego SN, w którym wskazał on, że „w trudnym okresie stresów i przepracowania każdemu z nas zdarzają się kroki podjęte bezrefleksyjnie, z przeoczeniem specyficznych uwarunkowań”, stało się kultowe. Aż się prosiło o nie zapytać i zobaczyć, ile dystansu do siebie samej okaże była I prezes.
Małgorzata Gersdorf rysuje czytelnikowi obraz czarno-biały. Po jednej stronie są politycy głupi (Platforma Obywatelska) oraz źli i głupi (Prawo i Sprawiedliwość), a po drugiej jest Temida, której świątynią był jeszcze do niedawna Sąd Najwyższy strzeżony przez prof. Gersdorf. Nie twierdzę, że ten obraz źle wygląda, że nie można się nim zachwycić. Na pewno będą tacy, którzy stwierdzą, że nic piękniejszego od dawna nie widzieli. Ale coś mi nie gra z kolorami. Są lekko przekłamane. Malarz chciał uwypuklić to, co dla niego wygodne. I jakkolwiek to nie grzech, bo przecież każdy może malować tak, jak chce, to warto o tym pamiętać.
Moim zdaniem książka jest przyzwoita. Na pewno wiernie oddaje myśli stojącej na polu bitwy pierwszej prezes, a to już duży atut. Natomiast czuję niedosyt. W dużej mierze dlatego, że gdy już wydaje się, iż Krzysztof Sobczak dociśnie swoją rozmówczynię, zmusi ją do przyznania się do błędów, on odpuszcza. Przechodzi do kolejnego wątku, w którym znów winni okazują się wszyscy, tylko nie Małgorzata Gersdorf.
Bardzo chciałbym zobaczyć pozycję, w której była pierwsza prezes musiałby się mierzyć z nieustanną kontrą rozmawiającego z nią dziennikarza. Musiałaby wówczas bardziej się odsłonić – albo przyznać do swoich niedoskonałości, albo wznieść na wyżyny erudycji, której przecież prof. Gersdorf nie brakuje. Tymczasem mamy letni kotlecik z ziemniaczkami, który każdy zje, niektórym nawet posmakuje, ale nie wywoła to ani zachwytu, ani wspomnień po wielu tygodniach. Inna rzecz, że Małgorzata Gersdorf z dziennikarzami, którzy zadają jej niewygodne pytania i którzy wytykają jej błędy, rozmawiać nigdy nie chciała. Gdyby więc ta książka miała wyglądać tak, jak ją sobie wymarzyłem, zapewne nie powstanie nigdy.