Trwa bezprecedensowe przerzucanie odpowiedzialności za porażkę reformy aplikacji prawniczych. Ministerstwo Sprawiedliwości, które organizowało tegoroczne egzaminy końcowe, obwinia samorządy zawodowe o słabe przygotowanie kandydatów. Te zaś przerzucają całą winę na urzędników. Ich zdaniem to nieprzemyślane i niekontrolowane otwarcie zawodów prawniczych przyczyniło się do fiaska reform.

Otwarcie aplikacji adwokackiej, radcowskiej i notarialnej miało być lekarstwem na korporacyjną prywatę i nepotyzm. Ale reforma, którą przygotowało Ministerstwo Sprawiedliwości, okazała się lekarstwem tak silnym, że zaszkodziła samemu otwarciu. Wypaczyła sens i istotę samej aplikacji. Jeżeli dwa lata temu przyjęto na aplikację piętnaście procent zdających, a w ubiegłym roku dostało się tam osiemdziesiąt procent chętnych, to nikt mnie nie przekona, że system nie jest rozregulowany do granic wytrzymałości. A aplikacje prawnicze zamiast w kierunku praktycznym dryfują w kierunku akademickim.

Sale, w których szkolą się aplikanci, zaczynają przypominać sale uniwersyteckie, gdzie wykładowca przez dwie, trzy godziny mówi do mikrofonu o ustawach i kodeksach. W sytuacji kiedy na roku jest 2 tys. aplikantów, trudno się nawet dziwić, że nagłośnione sale stają się tak bezcenne. Niestety przywileju bezcenności nie udało się zachować w programach szkolenia ani dla praktyk sądowych, ani dla ustnych egzaminów, ani nawet dla prac pisemnych powstających w oparciu o autentyczne akta sądowe czy prokuratorskie. Znam takich aplikantów, którzy w tym roku będą zdawać egzamin prokuratorski, ale jeszcze nie byli ze swoim patronem ani w sądzie na rozprawie karnej, ani nie uczestniczyli w oględzinach miejsca zbrodni czy w wizji lokalnej. Być może byli w tych miejscach, kluczowych dla wykonywanego w przyszłości zawodu, prywatnie.

Nie można zostać notariuszem bez odbycia w kancelarii asesury. Ale żeby zostać asesorem, niezbędna jest jeszcze łaska rejenta, o czym ustawodawca już nie wspomina. Niestety na takich mechanizmach zbudowane są wszystkie przepisy o aplikacjach prawniczych. Dla młodych prawników to jeszcze gorsze rozwiązanie niż stary system zamkniętych drzwi. Wtedy przynajmniej młody człowiek uczył się jak szalony, a jak się nie dostał na aplikację, miał czas na zweryfikowanie swych planów zawodowych. Teraz zasieki poustawiane zostały głębiej. Dopiero po trzech, czterech latach niepewności dowie się, że nie ma dla niego miejsca w adwokaturze, notariacie i u radców prawnych. Pół biedy, jeżeli taka niepewność wynika z niedostatecznego przygotowania do zawodu, ułomności charakteru albo czegoś tam jeszcze. Ale jeżeli źródłem takiej niepewności są przepisy, to jest to sygnał, że reforma aplikacji prawniczych w państwowym wydaniu jest klapą.