Amerykański bankier George Soros rządzi polskimi organizacjami pozarządowymi. Teza rosyjskiej propagandy o wszechmocnym finansiście, którą Kreml promował w czasie kolorowych rewolucji w byłym ZSRR, na dobre zagościła w polskiej publicystyce. Jak jest naprawdę?
Chciałabym porozmawiać o finansowaniu trzeciego sektora.
– Czyli o Sorosie chcesz pisać?
Reakcja Tomasza pracującego w jednej z najbardziej znanych organizacji pozarządowych to chyba najlepszy dowód na to, co ostatnio mówi się o polskich organizacjach pozarządowych. Do takich wniosków prowadzą lektura prawicowej prasy i uważne słuchanie tego, co mówią politycy.
„Gazeta Polska Codziennie”, obserwując działania Open Society Foundations, czyli fundacji założonej przez George’a Sorosa, wyciągnęła wnioski, że planuje on kampanię mającą na celu legalizację aborcji w państwach Europy. Jej pierwszym przystankiem mają być Irlandia i Polska. Następnie na tapetę trafiły nieszczególnie szeroko znane (poza samym trzecim sektorem) Stowarzyszenie 61, czyli twórcy portalu MamPrawoWiedziec.pl i jego szefowa Róża Rzeplińska – córka prezesa Trybunału Konstytucyjnego. „GPC” tak diagnozuje jej działania: „Od lat płyną pieniądze miliardera George’a Sorosa. Środki te zasilają konto Stowarzyszenia 61, jak i samej Rzeplińskiej. W 2014 roku zarobiła ona dzięki pracy w stowarzyszeniu 50 tys. zł. (...) W 2014 roku, z kwoty pół miliona złotych, jaką Stowarzyszenie 61 otrzymało od darczyńców, ponad 300 tys. zł przekazała Fundacja im. S. Batorego, której założycielem jest Soros”. Paweł Kukiz jeszcze zimą publicznie kilka razy powtarzał, że Soros poprzez związane ze sobą od lat organizacje pozarządowe finansuje KOD oraz protesty przeciwko rządowi.
Brzmi niedorzecznie? A jednak ten amerykański kontrowersyjny miliarder rzeczywiście od lat ma spory wpływ na polskie NGO (non-government organization, czyli organizacje pozarządowe). Spory, choć niekoniecznie aż taki, jak sobie wyobraża prawica.
Wszyscy ludzie Sorosa
Na podstawie stosunku do Sorosa można wprowadzić podział polskiego trzeciego sektora na: dzieci Sorosa, jego antagonistów i niechętnych, stojących na uboczu. Ten podział w całkiem sporym zakresie przekłada się także na to, jak i z jakich źródeł polskie organizacje pozarządowe szukają pieniędzy na swoje funkcjonowanie.
Najłatwiej oczywiście pokazać organizacje przez lata korzystające z pomocy milionera. Na czele z założoną przez niego Fundacją im. Stefana Batorego. – George Soros był fundatorem fundacji w 1988 r. i przez wiele lat fundusze z jego Open Society Foundations stanowiły większość budżetu fundacji. Ale nie miał większego wpływu na jej funkcjonowanie. Dawał środki, podsuwał pomysły i propozycje, umożliwiał wymianę doświadczeń z organizacjami i ludźmi z innych krajów regionu. Ale o tym, co i jak ma być wspierane, decydowały zarząd i rada Fundacji Batorego, a te tworzyli ludzie wywodzący się z opozycji demokratycznej lat 70. oraz związków twórczych i naukowych funkcjonujących w czasie legalnej Solidarności, a potem w podziemiu – opowiada nam Ewa Kulik-Bielińska, obecna dyrektor Fundacji im. Stefana Batorego, i wymienia: Klemens Szaniawski, Leszek Kołakowski, Zbigniew Bujak, Adam Michnik, Marcin Król, Krzysztof Michalski, ks. Józef Tischner, a także Zbigniew Janas, Zbigniew Bujak... – To oni budowali fundację od początku. Do fundacyjnej legendy przeszła kwestia, jaką wygłosił w rozmowie z odwiedzającym fundację George’em Sorosem świeżo wybrany na prezesa zarządu Zbyszek Bujak: „Ty, George, daj nam pieniądze, a my już wiemy, na co je wydać”. Atakujący dziś Sorosa i fundację prawicowi publicyści zarzucają Sorosowi, że spotykał się z generałem Jaruzelskim, by uzgodnić powstanie fundacji. Nie pamiętają, że w 1988 r. w Polsce trwał jeszcze komunizm i bez zgody władz żadna organizacja nie zostałaby zarejestrowana – dodaje Kulik-Bielińska.
Dyrektor Fundacji Batorego zapewnia, że w pojawieniu się Sorosa w Polsce nie ma żadnej wielkiej tajemnicy. – Jego zainteresowanie Europą Wschodnią, z której przecież pochodzi, było powszechnie znane, kiedy więc Zbigniew Janas, czyli szef Solidarności z Ursusa, był w Stanach i miał okazję go spotkać, spytał wprost, czy nie zechciałby wesprzeć opozycji w Polsce. Ale tak bezpośrednio sprowadził go do Polski i namówił do założenia u nas fundacji profesor Zbigniew Pełczyński, żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, wykładający w Oksfordzie – wspomina szefowa Batorego. Ten legendarny wkład Sorosa w Fundację Batorego to początkowo był czek na 100 tys. dol. Suma w ówczesnej Polsce zawrotna. Przez kilka miesięcy był problem z jej wypłatą w bankach. Ale na tym udział Sorosa się nie skończył. Jak pisał w swojej książce „Underwriting Democracy”, miał – szczególnie na początku – spory wpływ na funkcjonowanie Batorego. Doprowadzał do zmian w zarządzie. Jak sam opisuje: „Bez wyraźnego kierunku fundacja nie wykazała się jako instrument społeczeństwa obywatelskiego (...). Gdy Solidarność doszła do władzy, poprosiłem zarząd o dymisję i przekazałem fundację w ręce nowego zespołu, którym kierował Zbigniew Bujak, niegdysiejszy lider Solidarności w Warszawie. Odtąd fundacja działała o wiele lepiej”.
Decydujący wpływ na kształt polskich NGO miało utworzenie wspomnianego już Instytutu (Fundacji) Społeczeństwa Otwartego (OSF) w 1993 r. OSF miał finansować działania organizacji pozarządowych w Europie Wschodniej. Stał się głównym źródłem pieniędzy nie tylko dla Fundacji Batorego, ale i wykluwających się u nas kolejnych organizacji. Struktura pomocy przyjęta przez OSF polegała na przekazywaniu funduszy na działania zgodne z ideą, czyli społeczeństwo otwarte, walkę o prawa człowieka, wspieranie mniejszości, budowę społeczeństwa obywatelskiego. Schemat okazał się skuteczny. Już w 1997 r. działało 29 fundacji Sorosa w państwach postkomunistycznych. W 1994 r. wydały one 300 mln dol., a w 1998 r. niemal dwa razy więcej, bo 574 mln.
W Polsce takim dysponentem funduszy została Fundacja Batorego. – Wtedy na początku lat 90. to były poważne pieniądze, nie było podobnych źródeł finansowania dla wykluwającego się dopiero trzeciego sektora – wspomina Kulik-Bielińska.
Przez lata Batory pełnił funkcję swoistego inkubatora różnych organizacji pozarządowych i inicjatyw społecznych. To przez niego szły fundusze, ale także pomoc na rozwinięcie działań. To z Fundacji Batorego poszło dofinansowanie na założenie pierwszych w Polsce znienawidzonych przez prawicę gender studies. Także dzięki tej pomocy pojawiły się lub mogły rozwinąć skrzydła takie znane NGO, jak Instytut Spraw Publicznych, dziś duży think tank zajmujący się prowadzeniem badań i analiz społeczno-politycznych, Instytut na rzecz Państwa Prawa, Stowarzyszenie Interwencji Prawnej czy Fundacja Młodzieżowej Przedsiębiorczości. Granty na wsparcie trzeciego sektora szły do małych, lokalnych organizacji, grup proekologicznych i dużych ośrodków, jak Fundacja Forum Obywatelskiego Rozwoju lub Fundacja demosEuropa – Centrum Strategii Europejskiej (zresztą niedawno postawiona w stan upadłości), ale także do powstających już w ostatnich latach instytucji typu Stowarzyszenie 61, w których działa drugie pokolenie aktywistów.
– To była duża i ważna pomoc, ale przede wszystkim w pierwszych latach, gdy nie było jeszcze większego kapitału na działanie trzeciego sektora – wspomina dr Jacek Kucharczyk, szef ISP. – Trudno jednak wyciągać tu jakieś wnioski, że Soros zakulisowo sterował czy steruje tym, czym się zajmuje polski sektor pozarządowy – tłumaczy Kucharczyk. Dodaje, że owszem, wsparcie od Sorosa było bardzo ważne, ale nie jest tak, że cały trzeci sektor żył w latach 90. tylko z tego jednego źródła. – Nigdy nie było takiej sytuacji. Dla kilku sztandarowych instytucji to było ważne źródło, ale nawet 20 lat temu niewystarczające, by utrzymać cały rynek. Co więcej, dosyć szybko zaczęły się dyskusje w środowisku o szukaniu różnych, alternatywnych sposobów na sfinansowanie działalności – wspomina szef ISP. Dosyć szybko NGO starały się o innych prywatnych darczyńców i o budowanie tzw. endowment, czyli kapitału wieczystego, który pozwoliłby im na samodzielne, stałe finansowanie działalności.
O tym, że inne źródła są konieczne, organizacje wspierane przez Sorosa wiedziały już od 2000 r. To wtedy miliarder zapowiedział wszystkim fundacjom z krajów Europy Środkowej, którym pomagał, że w momencie akcesji do Unii jego misja się kończy i przestanie finansować ich działalność albo przynajmniej zacznie mocno to ograniczać.
Norwegia cenniejsza niż Soros
– Koniecznie spytaj Batorego, jak to jest z tym ich budynkiem – radzi mi kilku znajomych z bardziej alternatywnie nastawionych organizacji pozarządowych.
Nie chodzi tu o osoby kojarzone z prawicą, tylko tych, którzy nie korzystają lub starają się nie korzystać z grantów unijnych rozdzielanych przez ministerstwa (głównie pracy, rodziny i polityki społecznej) ani też nie chcą być finansowane z grantów od Sorosa. Zresztą nie muszę Ewy Kulik-Bielińskiej o to do dopytywać. Sama zaczyna opowiadać:
– W 1997 r. dostaliśmy 2,5 mln dol. od Fundacji Forda nie tylko na konkretne programy, ale także na inwestowanie, dodatkowo część swoich udziałów w Agorze przekazała nam Małgorzata Szejnert i dzięki sensownym inwestycjom i koniunkturze w gospodarce udało nam się wypracować zyski na poziomie dwucyfrowym. Ale to i tak było mało na kapitał wieczysty. Poprosiliśmy więc Sorosa, by nas wspomógł i sfinansował nam zakup działki oraz wybudowanie tego budynku, w którym jesteśmy – mówi szefowa Batorego. Budynek jest spory, choć na dzisiejsze standardy – żaden apartamentowiec. Jednak mieści się w bardzo dobrej i drogiej części Warszawy (na przecięciu Muranowa i Nowego Miasta). – Budynku nie dostaliśmy od Sorosa za darmo. W końcu to biznesmen. Dogadaliśmy się tak, że przez 9 lat obniżał nam o 10 proc. wysokość grantu na naszą działalność i w ten sposób został pokryty wydatek na budynek – dodaje Ewa Kulik-Bielińska.
Zgodnie z zapowiedziami od 2004 r. Open Society Foundations zaczęła mocno obcinać nakłady na polskiego operatora. I tak w tym roku do Batorego z tego źródła trafiło już tylko 960 tys. dol. (ale pamiętajmy, nie bezpośrednio do samej fundacji, tylko za jej pośrednictwem do innych organizacji). Tylko, bo dla porównania w ramach pełnienia funkcji operatora dla tzw. funduszy norweskich (czyli Funduszu EOG pochodzącego od rządów Norwegii, Islandii i Liechtensteinu, które nie będąc w Unii, w zamian za korzystanie z pewnych przywilejów wspólnego rynku zobowiązały się wspierać wyrównywanie poziomów w starej i nowej Unii) Batory obsługuje wydatkowanie ok. 130 mln zł rozłożone na trzy lata.
Dlaczego właśnie ta fundacja? – Zostaliśmy wybrani w konkursie na operatora ogłoszonym przez ówczesne Ministerstwo Rozwoju Regionalnego będące krajowym partnerem EOG. Ale ten program jest na finiszu, niemal 600 sfinansowanych w nim projektów już się zakończyło, teraz trwa ich rozliczanie i ewaluacja. Teraz czekamy na decyzję w sprawie kolejnej perspektywy EOG. Tym razem do rozdysponowania będzie jeszcze większa kwota, bo 150 mln zł – tłumaczy dyrektorka Batorego. Lada moment rząd będzie decydował, które instytucje będą miały do rozdysponowania blisko 500 mln zł. – Do niedawna wszyscy spodziewali się, że te pieniądze na pewno znowu dostanie Batory. Ale przyszła dobra zmiana, zmieniły się nastroje i nie jest to już wcale takie pewne – mówi Tomasz. – Zobacz, jak rosną w siłę prawicowe organizacje, takie jak Ordo Iuris, Klub Jagielloński czy nawet takie w miarę nowe twory jak Fundacja Rzecznik Praw Rodziców, czyli Elbanowscy, którzy przecież dopiero co zdobyli kontrakt z MEN. Czeka nas nowe rozdanie na rynku NGO.
– Ale uważasz, że Batory fundusze źle rozdzielał? Że im się nie należy pozostanie operatorem?
– Wiesz, to nie tak, że źle. Ale prawda jest taka, że wokół Batorego powstał wianuszek organizacji, które miały szansę na granty, a duża część z nas nawet nie miała po co się starać. Może i brzmi to jak takie typowo polskie narzekanie i szukanie spisku, ale porozmawiaj z mniejszymi NGO. Z tymi zajmującymi się np. prawami pracowniczymi. Część z nich zresztą nawet nie chce starać się o takie pieniądze, bo uważają, że za bardzo ograniczają im pole działania – dodaje działacz pozarządowy.
Bez pieniędzy nie ma NGO
Rozmawiam z kilkoma pracownikami mniejszych i większych organizacji. Nie ukrywają, że pieniądze nawet i w tej działającej na rzecz społeczeństwa branży są niezwykle ważne. – Nie da się działać bezkosztowo, tylko wolontariatem. A tak sobie wiele osób wyobraża naszą pracę – mówi jeden z nich. I choć – jak wynika z raportu „Kondycja sektora organizacji pozarza?dowych w Polsce 2015” przygotowanego przez Millward Brown dla Stowarzyszenia Klon/Jawor – roczny budz˙et przeciętnej organizacji w 2014 r. wynosił 27 tys. zł (czyli sporo urósł w porównaniu z 2011 r., kiedy było to średnio 18 tys. zł), to i tak wiele NGO funkcjonuje na granicy finansowej przeżywalności. Stąd pytanie, kto funduje grant, nie jest wcale podstawowym, jakie sobie zadają. Róża Rzeplińska ze Stowarzyszenia 61 wywołana do tablicy przez „Gazetę Polską” nie chce już wypowiadać się w mediach i odsyła do Jana Bazyla, członka zarządu stowarzyszenia. – My mamy konkretny cel, tworzymy serwis, który ma wspierać dostęp do informacji o poglądach polityków. Więc tym bardziej nie ma żadnej tajemnicy wokół naszego finansowania i członków. Oczywiście, że korzystaliśmy z dotacji od Open Society, ale skoro te granty pokrywały się z naszymi celami, to nie widzieliśmy i nie widzimy w tym żadnego problemu – mówi nam Bazyl. Dodaje, że w ich ocenie krytyka za korzystanie z tych środków jest czysto polityczna.
– Kiedyś w ogóle nie było tematu Sorosa. Był raczej podział na organizacje, które brały dotacje od rządu i Unii, i na takie, które starały się być naprawdę pozarządowe i szukały pieniędzy gdzie indziej: zbiórki, 1 proc., darczyńcy. Soros to tak naprawdę jakiś sztuczny temat wywołany przez PiS – mówi Marta z fundacji z Krakowa. – Nigdy nie zwracałam uwagi, od kogo mamy grant, i w ogóle nie interesowało mnie, czy jest to związane z Sorosem. Tu się liczy, że w ogóle mamy jakiś grant, na co i jak mamy go wydać, a nie kto wyłożył pieniądze – dodaje prawniczka współpracująca z kilkoma organizacjami zajmującymi się prawami człowieka.
Na podstawie stosunku do Sorosa można wprowadzić podział polskiego trzeciego sektora na: dzieci Sorosa, jego antagonistów i niechętnych, stojących na uboczu. Ten podział w całkiem sporym zakresie przekłada się także na to, jak i z jakich źródeł polskie organizacje pozarządowe szukają pieniędzy na swoje funkcjonowanie
– Kiedyś nam się udało zdobyć kilka grantów od Open Society i to była wygodna kasa. Nie to, co dotacje od Unii. Wygodna, bo obarczona dużo mniejszą ilością biurokracji, łatwiejsza do rozliczenia. Ale dla nas to nie były dotacje od Sorosa, tylko od Open Society. Zawsze tak się o nich mówiło i myślało – komentuje Bartek z warszawskiej organizacji.
Ale nie wszyscy podzielają te opinie. – Wszystko zależy od świadomości. Nie mam poglądów prawicowych, ale jednak gdy dowiedziałam się, że w mojej nowej organizacji pracuję na grancie od fundacji Sorosa, miałam z tym problem. Nie ze względu na opowieści o jakimś światowym spisku, tylko przez to, gdzie i jak Soros inwestował. Zajmujemy się kwestiami ekologicznymi, a dotacja pochodziła pośrednio od człowieka, który inwestował w gaz łupkowy. Mocno dwuznaczna sytuacja – opowiada Patrycja z organizacji z centralnej Polski.
Maria Świetlik z Komisji NGO związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza jest jedną z nielicznych, która decyduje się mówić pod nazwiskiem. – Fundusze uzyskiwane od publicznych instytucji, takich jak ministerstwa czy samorządy, ale też Komisja Europejska, dokładnie tak samo jak pieniądze od dużych fundacji, jak ta Sorosa, są kontrowersyjne. Ograniczają autonomię fundacji i stowarzyszeń w podejmowaniu tematów i działań niewygodnych dla grantodawcy. Takimi tematami mogą być na przykład prawa pracownicze czy umowy o wolnym handlu. Generalnie każdy temat idący wbrew interesom wielkiego biznesu. Nie przypadkiem organizacje takie jak Greenpeace czy Akcja Demokracja, w której pracuję, zdecydowały się od początku na inny model finansowania i niemal wyłącznie działają w oparciu o pieniądze z darowizn indywidualnych. To daje większą niezależność z jednej strony i pozwala odpierać zarzuty, że jesteśmy częścią jakiegoś wyimaginowanego spisku – tłumaczy Świetlik.
Soros, czyli...
Ciężko o bardziej symboliczną postać niż George Soros. Finansista pochodzenia węgiersko-żydowskiego przeżył Holokaust i jako dziecko uciekł najpierw z ojczyzny, a potem z Europy do Stanów z planem zbudowania majątku. Zrobił go na spekulacjach giełdowych, stając się idealną postacią na bohatera scenariusza.
W pierwszej kolejności niepoprawnego politycznie pamfletu o „Żydzie spekulancie trzęsącym finansami globu”. W drugiej do idealistycznej, hollywoodzkiej opowieści o self-made manie, w której chłopakowi z Europy Środkowej udało się wypracować pozycję jednego z najbogatszych ludzi świata. Ale także filmu o człowieku, który swój majątek zbudował na spekulacjach trzęsących rynkami finansowymi, i którego spora część życia (choćby romans z młodszą o ponad 50 lat aktorką z Brazylii, zakończony oskarżeniami o pobicie) idealnie wpisuje się w nasz wizerunek „chciwego Wilka z Wall Street”. Na koniec spokojnie można by też napisać fabułę o człowieku, który swój majątek wykorzystuje do politycznego sterowania/inspirowania demokratycznych ruchów w kilku regionach świata, a szczególnie w Europie Środkowej.
Każdy z takich obrazów byłby do obronienia
Co więcej, pytanie o to, co się sądzi o George’u Sorosie i jego wpływie na Polskę, może być papierkiem lakmusowym do oceny poglądów politycznych. Dla liberalno-lewicowej części społeczeństwa jest człowiekiem, któremu na sercu leżą dobro świata, rozwój nowoczesnego, otwartego społeczeństwa. Dla tych z poglądami przesuniętymi na prawo Soros to manipulant wykorzystujący swój majątek do niszczenia opartych na tradycyjnych wartościach narodów w celu zbudowania globalnego ponadnarodowego rządu. Jest jeszcze trzeci światopogląd: alterglobaliści widzą w nim manipulanta, który majątek zbił w niejasnych i nieetycznych okolicznościach.
Soros filantropią zajął się z rozmachem. Pod koniec lat 70. finansował czarnoskórych studentów z RPA. W latach 80. zaczął wspierać demokratyczną opozycję w Europie Środkowej. Pierwsza specjalnie w tym celu założona fundacja powstała w 1984 r. na Węgrzech. W 1993 r. założył Instytut Społeczeństwa Otwartego (od sześciu lat Fundacja Społeczeństwa Otwartego), który miał stać się pewnego rodzaju parasolem nad wszystkimi jego działaniami charytatywnymi na świecie i rozdzielać pomiędzy nie fundusze.
Jak wynika z oficjalnych danych, jej roczny budżet wynosi obecnie prawie 900 mln dol. Większy ma w USA tylko Fundacja Billa i Melindy Gatesów. Łącznie w ostatnich 23 latach wydała na całym świecie ponad 12 mld dol., m.in. na edukację, obronę praw człowieka, równouprawnienie kobiet, mniejszości seksualnych i etnicznych, w tym prawie 2 mld na „poprawianie jakości demokracji” w Rosji i dawnych krajach bloku sowieckiego. Brzmi to wszystko pięknie, więc skąd kontrowersje? Soros stał się sławny nie dzięki działalności filantropijnej, tylko dzięki „czarnej środzie” 16 września 1992 r., która pozwoliła mu zbić majątek i uderzyła w funta. To nie było jego jednorazowe zagranie. W 1997 r. w podobnej sytuacji w trakcie azjatyckiego kryzysu finansowego malezyjski premier oskarżył Sorosa o spowodowanie załamania waluty tego kraju. W Tajlandii w wyniku podobnych spekulacji lokalna waluta straciła ponad 50 proc. wartości w stosunku do dolara. Pomimo ogromnej, bo dwudziestomiliardowej pomocy ze strony MFW w kraju zbankrutowały największe instytucje finansowe. Do podobnych wydarzeń doszło na Filipinach. Krytyka Sorosa nie jest więc bezpodstawna.
– Ataki na Sorosa i jego fundację nie mają wiele wspólnego z jego etyką biznesu i nie są ograniczone tylko do Polski. Są one częścią globalnego ataku na demokrację liberalną ze strony sił populistycznych i autorytarnych – podkreśla dr Jacek Kucharczyk, szef Instytutu Spraw Publicznych. – Ostatnio nasiliły się ataki na Sorosa na Węgrzech, gdzie premier Orban oskarżył Sorosa o wywołanie kryzysu migracyjnego. W Stanach Soros jest znienawidzony wśród wyborców Trumpa i zwolenników Tea Party, jako że szczodrze i z zapamiętaniem finansuje ich przeciwników politycznych. Ale ten krytycyzm to tak naprawdę światowy trend. – Nawet w stabilnych demokracjach rośnie niechęć do idei liberalnych, społeczeństwa obywatelskiego i państwa prawa. Mamy takie symptomy w Indiach, mamy na Węgrzech, mamy i w Polsce – uważa dr Kucharczyk. Ale i sam Soros dolewa oliwy do ognia. Niedawno udzielił wywiadu niemieckiemu magazynowi „Die Wirtschaftswoche”, w którym ocenił, że działania Orbana na Węgrzech i Kaczyńskiego w Polsce przypominają postępowanie autorytarnych władz z dwudziestolecia międzywojennego. – Obaj podsycają etniczne i religijne wykluczenie w celu umacniania swojej władzy. To mi przypomina czas międzywojenny, kiedy Horthy na Węgrzech i Piłsudski w Polsce usiłowali zyskać kontrolę nad wszystkimi demokratycznymi instytucjami – mówił. Dla prawicowych publicystów takie deklaracje są doskonałą pożywką. Soros pozostanie dla nich tym, który szykuje w Polsce nowy Majdan przeciw dobrej zmianie.
ikona lupy />

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej