Dobrym przykładem na tę fantastyczną teorię jest projekt polskiego e-myta. Był poślizg z jego wprowadzeniem, potem okazało się, że działa tylko na drogach koncesjonariuszy publicznych (jedziesz do Poznania, szykuj drobne), za to bramownica potrafi za jeden przejazd policzyć opłatę nawet 4 razy. Złośliwe duchy sprawiły też, że jeśli komuś brakuje na koncie kilku groszy, jest dotkliwie karany: po 3 tys. zł za przejazd pod każdą z osobna (najkrótsza odległość między dwoma bramownicami to 150 m.).

Ale i tego było diabelskim pomiotom mało: za ich perfidną inspiracją obowiązkiem uiszczania opłat za e-myto objęto także kierowców ciągnących małe przyczepki turystyczne i niewielkie towarowe.

Jak o tym piszę, przypomina mi się Junkal. Znajomy koń. Jeździ na nim znajome dziecko. I tego Junkala trzeba od czasu do czasu przewieźć: na zawody, do innej stajni, do kowala. Wtedy wynajmuje się przyczepkę. A oprócz przyczepki – viaBOX, czyli pudełko łączące się z systemem elektronicznych opłat drogowych.

Aby spiąć konia z przyczepką, viaBOX-em i e-mytem, trzeba jeszcze podpisać odpowiednią umowę. Koń by się uśmiał. Junkal mówi, że woli sam pobiec, bo wtedy nie trzeba płacić jak za przejazd tira. Albo pociągnąć przyczepę.

Tyle że kierowca siłą mięśni swojego kampera nie pociągnie, boby padł. Więc efekt jest taki, że zagraniczni miłośnicy auto-wczasów zaczęli Polskę omijać, żeby nie zbankrutować. Budżet dostał w plecy. Tylko czy naprawdę zadziałały tu złe duchy?