A co, pochwalę się! Wygrałem właśnie od znajomego flaszkę dobrego alkoholu. Założyliśmy się bowiem o to, czy Prawo i Sprawiedliwość tuż przed wyborami prezydenckimi odgrzeje lekko już nieświeży kotlecik podpisany „reprywatyzacja”. Dla mnie to było oczywiste. Znajomy twierdził, że temat politycznie już się zużył.
Tymczasem przedwczoraj do laski marszałkowskiej trafił – proszę pozwolić, że złapię głęboki oddech – poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o szczególnych zasadach usuwania skutków prawnych decyzji reprywatyzacyjnych dotyczących nieruchomości warszawskich, wydanych z naruszeniem prawa oraz ustawy o gospodarce nieruchomościami. Niektórzy już mówią na niego „mała ustawa reprywatyzacyjna”, ale ma się on tak do ustawy reprywatyzacyjnej jak ja do baletu.
Reklama
Główne założenie projektu jest takie: skoro wredny Trzaskowski nie chce wypłacać ofiarom warszawskiej reprywatyzacji odszkodowań i zadośćuczynień (skarży bowiem decyzje wydane przez komisję weryfikacyjną ds. reprywatyzacji), to wypłaci je Skarb Państwa. Z kolei Skarb Państwa pieniądze wypłacać będzie z Funduszu Reprywatyzacji, do którego trafi część środków, które do tej pory lądowały w miejskiej kasie. I samo to rozwiązanie jest niegłupie, ale już utkana narracja o wrednym Trzaskowskim – bałamutna. Wystarczy bowiem przytoczyć słowa prezesa Jarosława Kaczyńskiego z 18 października 2016 r., gdy zapowiadał powstanie komisji. Stwierdził on wówczas, że „oczywiście od decyzji wydanej przez komisję będzie przysługiwało odwołanie do sądu, bo taki jest konstytucyjny standard”. Tymczasem dziś, gdy miasto stołeczne Warszawa ze swojego prawa korzysta, wylewa się wiadra pomyj na Trzaskowskiego. Z jakiego powodu właśnie teraz jest on atakowany – łatwo się domyślić.
Ktoś mógłby spytać: dlaczego włodarze stolicy zaskarżają do sądu decyzje korzystne dla ofiar reprywatyzacji i nie chcą wypłacić im skromnych odszkodowań i zadośćuczynień, skoro jednocześnie dzięki działaniu komisji wielomilionowy majątek powrócił do miasta? Odpowiedź jest prozaiczna: bo akceptując decyzje komisji, szykowaliby dla siebie szafot. Sama decyzja o przyznaniu odszkodowania lub zadośćuczynienia jest przecież tylko jednym z ogniw całego łańcucha. Innymi są stwierdzona przez komisję bierność włodarzy miasta, przestępcza działalność niektórych urzędników, polityczne wtręty w uzasadnieniach decyzji. I jakkolwiek ja nie mam wątpliwości, że i bierność włodarzy, i przestępcza działalność niektórych urzędników to fakty, a nie mity – twierdzę także, że oskarżani decyzjami komisji mają prawo się bronić. Bo – cytując Jarosława Kaczyńskiego – taki jest konstytucyjny standard. Nie wolno robić komuś zarzutu z tego, że odwołuje się do sądu od decyzji organu administracji publicznej. Ot, jego prawo.
Potrzeba nam obecnie – w temacie reprywatyzacji – jednej rzeczy. I jednej rzeczy nam nie potrzeba. To, czego nam nie potrzeba, to marnej jakości politykierstwa, obmyślonego jedynie jako forma ataku na kandydata na prezydenta Polski. Zaś to, czego nam potrzeba, to dużej, kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej. Politycy niemal wszystkich opcji wykazali się tu grzechem zaniechania. I lewicy, i prawicy. Winny jest Sojusz Lewicy Demokratycznej. Winna jest Platforma Obywatelska wespół z Polskim Stronnictwem Ludowym. Ale nie sposób zapomnieć, że od 2015 r. niepodzielną władzę w Polsce sprawuje PiS. Jeśli zatem dziś, w 2020 r., posłowie PiS mówią o reprywatyzacyjnych patologiach, to warto, by znaleźli w sobie odrobinę uczciwości i przyznali, że oni też mają swój udział w tym wykolejonym, fatalnym i bezwzględnym dla jednostki systemie.
„Pamiętajmy, Polska traci miliardy rocznie, nie mając ustawy reprywatyzacyjnej, bo co roku oddajemy zasoby Skarbu Państwa warte miliardy decyzjami sądów, samorządów, odszkodowaniami Skarbu Państwa etc.” – powiedział mi w październiku 2017 r. Patryk Jaki, wówczas wiceminister sprawiedliwości, przewodniczący komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji. Mówił: „mam zielone światło dla ustawy reprywatyzacyjnej”. Po niespełna roku, w czerwcu 2018 r., mówił mi zaś, że „o dalszych losach projektu dużej ustawy reprywatyzacyjnej zdecyduje pan premier”. No to jak Mateusz Morawiecki zdecydował, wszyscy widzimy. Ustawy jak nie było, tak nie ma. I politycy PiS mogą dziś do woli przekonywać, że za patologie reprywatyzacyjne odpowiada Rafał Trzaskowski, ale fakty są takie, że to oni mają narzędzia, by tychże patologii się pozbyć, zaś możliwości Trzaskowskiego jako prezydenta Warszawy są ograniczone. Tym bardziej że kłopoty z reprywatyzacją dotyczą przecież nie tylko stolicy, lecz także wielu innych miejscowości, jak choćby Łódź czy Kraków.
Mogę więc z pełnym przekonaniem powtórzyć swoje słowa z października 2017 r.: jeśli ktoś wierzy, że komisja weryfikacyjna rozwiąże problem reprywatyzacji, to jest naiwny. Istnieje szansa, że uda się naprawić sytuację nieruchomości przy Łochowskiej, Marszałkowskiej czy Chmielnej. Ale jeśli ustawodawca w końcu zdecydowanie nie zareaguje, gdy tylko sprawa przycichnie – dajmy na to za pięć lat – znajdą się kolejni kombinatorzy. I kolejni urzędnicy, którzy będą bądź celowo przymykali oko na przekręty, bądź okażą się nieudolni. A wtedy co – powołamy kolejną komisję?