DGP w zeszłą sobotę jako pierwszy napisał o pracach nad nowymi przepisami, które miałyby przeciwdziałać wykonywaniu przez sędziów na własną rękę listopadowego orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

– Analizujemy stan prawny w krajach Europy Zachodniej, w szczególności w Niemczech i we Francji, w zakresie funkcjonowania sędziów w życiu publicznym i ich odpowiedzialności za rażące naruszanie prawa – potwierdza Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości.

Zaznacza przy tym, że decyzja co do tego, czy takie rozwiązania powinny funkcjonować także w Polsce, jeszcze nie zapadła.

Nieoficjalnie słyszymy jednak, że projekt może trafić do Sejmu w przyszłym tygodniu. A to oznacza, że rządowi nie uda się ubiec Sądu Najwyższego, który już jutro ma podjąć decyzję w pierwszej ze spraw, w której zadano TSUE pytania prejudycjalne. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że PiS-owi nie uda się w tempie ekspresowym przeprowadzić zmian dyscyplinujących sędziów. Sytuacja polityczna jest bowiem inna niż w poprzedniej kadencji, kiedy to w błyskawicznym tempie uchwalano coraz to nowe przepisy pozwalające partii rządzącej np. przejąć kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym. Tym razem legislacyjny ekspres może opóźnić Senat, w którym PiS nie ma już większości.

– Żądam od Senatu, by porządnie pracował legislacyjnie. Dziś nie znamy kształtu ustawy, mamy tylko doniesienia medialne. Mogę obiecać jedno. Jeśli taka ustawa w ogóle pojawi się w Senacie, będzie starannie procedowana, jak będzie trzeba przeprowadzone będą konsultacje społeczne. Wtedy przekonamy się, czy przejdzie, czy nie. Jeśli wierzyć doniesieniom mediów o jej kształcie, to istnieje prawdopodobieństwo, że nie przejdzie. Najpierw jednak musimy zobaczyć jej zapisy – deklaruje w rozmowie z DGP Tomasz Grodzki, marszałek Senatu.

Rewolucja francuska

Podczas prac nad nowymi przepisami brane są pod uwagę rozwiązania z dwóch krajów UE.

– Te przepisy są znacznie bardziej dyscyplinujące niż wprowadzane przez nas od kilku lat – zaznacza wiceminister Kaleta.

Pierwsze pochodzi z Francji. To miałoby doprowadzić do doprecyzowania obowiązującego już w naszym kraju nakazu apolityczności sędziów. Chodzi o art. 10 francuskiej ustawy o statusie sądownictwa. Jest w nim wpisany m.in. zakaz „rozważań politycznych”, „okazywanie wrogości zasadom lub formie rządu Republiki” czy „zorganizowanych działań mogących uniemożliwić lub utrudnić funkcjonowanie sądownictwa”.

– System prawny jest pewną całością i przez pryzmat tej całości należy rozpatrywać dane regulacje – zauważa dr hab. Jacek Zaleśny, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego. Dlatego też to, co sprawdza się w innym kraju, niekoniecznie zda egzamin i u nas. I tak właśnie jest z rozwiązaniem, o którym mowa w przytoczonej ustawie francuskiej.

– Przepisy te są mocno zakotwiczone w historii państwa francuskiego. A ich genezy należy upatrywać w okresie rewolucyjnym końca XVIII w., kiedy to chciano stworzyć zupełnie nowy porządek, będący całkowitym przeciwieństwem dopiero co obalonej monarchii. Stąd Republika jako wartość nadrzędna – tłumaczy Jacek Zaleśny. I dodaje, że nawiązywanie przez polskie władze do tych rozwiązań można porównać do tego, co działo się w 1944 r., kiedy to narzucono naszemu krajowi rozwiązania prawne rodem z ZSRR.

– I tamte, i te dziś proponowane rozwiązania francuskie nijak się mają do naszej historii i wynikającego z niej ustroju – kwituje konstytucjonalista.

Niemieckie naginanie

Drugie z proponowanych rozwiązań również nie wzbudza entuzjazmu wśród prawników. Chodzi o zapożyczenie z niemieckiego kodeksu karnego przepisu, który pozwala na karanie sędziów, ale także urzędników karą pozbawienia wolności od roku do pięciu lat za naginanie prawa przy prowadzeniu lub rozstrzyganiu spraw.

– Nie słyszałem, aby jakikolwiek sędzia niemiecki został skazany z tego przepisu na karę bezwzględnego więzienia – zauważa Sławomir Pałka, sędzia Sądu Rejonowego w Oławie, były członek poprzedniej KRS. Jego zdaniem nikt w Niemczech nawet nie pomyślałby, aby zastosować ten przepis wobec sędziów, którzy stosują się do orzeczeń TSUE czy też zadają unijnemu trybunałowi pytania prejudycjalne.

– To rozwiązanie ma zapewne przeciwdziałać takim sytuacjom, kiedy sędzia np. nie wyłącza się ze sprawy, mimo że są do tego podstawy, czy też celowo przeciąga proces, aby jedna ze stron nie mogła uzyskać należnej jej ochrony prawnej – twierdzi oławski sędzia. I gdyby rozważane rozwiązanie miało na celu walkę właśnie z tego typu zjawiskami, to jest on w stanie wyobrazić sobie przeszczepienie go na grunt polski.

– Niemiecka regulacja jednak nijak ma się do obecnej sytuacji w naszym kraju, kiedy to polskim sędziom zarzuca się powodowanie chaosu prawnego tylko dlatego, że ci stają w obronie konstytucyjnych wartości – kwituje sędzia Pałka.

Anarchia czy przezorność

Rządzący tymczasem nie kryją się z tym, że nowe przepisy mają być odpowiedzią na działalność tych sędziów, którzy uważają, że wyrok TSUE wręcz nakazuje im badanie statusu sędziów powołanych przez obecną KRS.

– Jeżeli sędzia ma wątpliwości co do tego, czy w składzie orzekającym zasiada osoba uprawniona, to ma obowiązek najpierw tę okoliczność zbadać, a dopiero później wydać orzeczenie w sprawie. Gdyby bowiem okazało się, że rzeczywiście w orzekaniu brała udział osoba nieuprawniona, to całe postępowanie musiałoby zostać powtórzone. A mowa tu o setkach tysięcy orzeczeń – tłumaczy Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Jego zdaniem sędziowie, którzy podejmują próby wdrażania zaleceń zawartych w wyroku TSUE, po prostu starają się nie dopuścić do chaosu prawnego.

Zupełnie inne zdanie ma na ten temat rząd, który wczoraj zajął w tej kwestii stanowisko. Można w nim przeczytać, że „podważanie statusu sędziów i prawomocności wydawanych przez nich orzeczeń uderza w konstytucyjne podstawy państwa prawa”. I prowadzi do chaosu prawnego w Polsce. Rada Ministrów wyraziła również zaniepokojenie działaniami sędziów, którzy kwestionują status innych sędziów, „manipulując w ten sposób wydanym 19 listopada br. wyrokiem TSUE”.

I choć w komunikacie nie jest napisane wprost, to wiadomo, że jednym z tych sędziów jest Paweł Juszczyszyn z Sądu Rejonowego w Olsztynie, który wezwał Sejm do przedstawienia list poparcia kandydatów do KRS. Zrobił to właśnie po to, aby sprawdzić, czy sędzia orzekający w I instancji został wyłoniony w konkursie przeprowadzonym przez prawidłowo powołaną radę. Za te działania otrzymał zarzuty dyscyplinarne, a prezes jego sądu, który jest równocześnie członkiem kontestowanej KRS, zarządził sędziemu miesięczną przerwę w czynnościach orzeczniczych. Wczoraj odniosło się do tych wydarzeń zgromadzenie ogólne sędziów okręgu olsztyńskiego, które zażądało m.in. natychmiastowego przywrócenia do pracy sędziego Juszczyszyna. Sędziowie chcą też odwołania prezesa olsztyńskiego sądu Macieja Nawackiego, który ich zdaniem swoją decyzją o odsunięciu Juszczyszyna sprzeniewierzył się rocie ślubowania sędziowskiego. 

opinia

Niemieckie przepisy idą o krok dalej

Niemiecki przepis, który jest brany pod uwagę przy pracach koncepcyjnych nad zmianą polskich regulacji, dotyczy naginania prawa przez sędziów. Nie jest to więc naruszanie prawa. Czyli u naszych zachodnich sąsiadów już samo naginanie prawa, obchodzenie go czy próba jego podważania są karalne. Niemcy wprowadzili taki przepis, aby strzec autorytetu prawa. Tymczasem mamy u nas do czynienia z próbami naginania prawa, a wręcz jego naruszania przez sędziów w imię swoich politycznych interesów. Mam tutaj na myśli olsztyńskiego sędziego Pawła Juszczyszyna, który ma już postawione zarzuty dyscyplinarne. Po drugie należy podkreślić, że tego typu działania są zagrożenie w Niemczech karą pozbawienia wolności od roku do lat pięciu. W naszym porządku prawnym mamy oczywiście przepis art. 231 kodeksu karnego, który mówi o przestępstwie nadużycia władzy. Jednak mowa jest w nim o przekroczeniu uprawnień, niedopełnieniu obowiązków, czyli łamaniu przepisów. Tymczasem niemieckie przepisy karne idą o krok dalej, co pozwala Niemcom strzec swojego prawa przed próbami wprowadzania anarchii, np. przez sędziów, tak jak to się obecnie dzieje u nas.