Wydarzenia związane z hejterską aktywnością grupy sędziów, spośród których co najmniej kilku pracowało w resorcie Zbigniewa Ziobry… nie toczą się jak lawina. Alfred Hitchcock mawiał, że dobry film zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma tylko rosnąć. Artykuł z Onetu był wstrząsem, tyle że później narracja obywatelskiego przerażenia putinowskimi chwytami rządu PiS raczej opadła, niż się wzmogła. Chwilowo? Na trwałe?
Dziennik Gazeta Prawna
Sporo zasługi w takim przebiegu sprawy ma sam Ziobro. Dymisjonuje szybko (co prawda na polecenie Kaczyńskiego, ale ten siedzi w cieniu i minister wykorzystuje ten fakt, by prezentować się jako rozgrywający), wypowiada się jednoznacznie i inteligentnie wznosi oczy do nieba: „Ach, ci sędziowie, z nimi zawsze kłopoty…”. Chyba jednak większą rolę odgrywa mechanizm „O Boże, wilki!”.
Reklama
Publikacji – wartościowej i ważnej – Onetu, a następnie „Gazety Wyborczej”, towarzyszyły oczekiwania nadmierne w stosunku do prawdy. Bo prawdą jest, że sędziowie związani z ministrem sprawiedliwości wymieniali się idiotycznymi komentarzami w sieci, a co najmniej trzech z nich wykorzystywało hejterkę MałaEmi (to jeden z jej sieciowych nicków) w, by tak powiedzieć, walce o Polskę. Jeden z nich był przy tym wiceszefem resortu, co tylko podnosi rangę afery. Natomiast nie jest prawdą, że w ministerstwie powstała farma trolli. Jedna trollica farmy nie czyni, zaś kilku sędziów to nie „ośmiornica Ziobry”. Nic bezpośrednio nie wiąże akcji sędziów, którym „majestat Rzeczypospolitej” pomieszał się z kuku na muniu, z ministrem sprawiedliwości. W ogóle w akcji MałejEmi nie da się zauważyć profesjonalizmu. Przeciwnie, to działania podłe, ale amatorskie.
Jako obywatele dostaliśmy dwie lekcje do przerobienia. Pierwsza – w czasach „wojny polsko-polskiej” narosło w wielu jej uczestnikach przekonanie, że wolno wszystko. Za ich gotowość do walki na chama może zapłacić w każdej chwili każdy z nas. Druga – w ramach współczesnej cywilizacji nieustannych bodźców emocjonalnych przesada czyha na każdym kroku i stała się normą w komunikacji między mediami a ich odbiorcami. Jeżeli nie przemyślimy tych lekcji, to nie odrobimy pracy domowej i pozwolimy niebezpiecznej historii przepaść w zgiełku codzienności.