Po przewiezieniu byłego przewodniczącego KNF do prokuratury w Katowicach postawiono mu zarzut z art. 231 par. 2 k.k. Dotyczy on nadużycia uprawnień urzędniczych przez funkcjonariusza publicznego w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej. Czyn ten podlega karze pozbawienia wolności od roku do 10 lat. Ch. złożył rezygnację po ujawnieniu przez „Gazetę Wyborczą” jego rozmowy z właścicielem Getin Noble Banku. Według Romana Giertycha, adwokata miliardera, miała na niej paść propozycja korupcyjna.

Byłego szefa nadzoru afera zastała w delegacji w Singapurze. Po powrocie pojawił się w urzędzie, który opuścił ok. 12.30. Dopiero później wkroczyło tam CBA i zabezpieczyło dokumenty, urządzenia oraz nośniki elektroniczne. Co do czasu przybycia funkcjonariuszy robił były już wówczas przewodniczący? Politycy opozycji i część komentatorów zwracają uwagę, że w mediach pojawiały się spekulacje, że służby pojawiły się w urzędzie zbyt późno. Z naszych ustaleń wynika, że Markowi Ch. podczas pobytu w urzędzie towarzyszyli pełnomocnik KNF ds. ochrony informacji, szefowa gabinetu i pracownicy sekretariatu.

Rzecznik ministra koordynatora służb Stanisław Żaryn poinformował nas, że zabezpieczono też monitoring, z którego jednak nie wynika, aby Ch. miał niszczyć jakiekolwiek dokumenty. Ustaliliśmy, że kamery są zamontowane w korytarzu, który prowadzi do sekretariatu i gabinetu przewodniczącego. W dwóch ostatnich miejscach monitoringu nie ma, ale to na korytarzu znajduje się duża niszczarka dokumentów, którą kamery powinny objąć. Tymczasem w KNF rozpoczął się audyt wewnętrzny w sprawie działań byłego przewodniczącego. W DGP opisywaliśmy już, że zrekonstruowano jego kalendarz, z którego wynika, że w ostatnim roku spotkał się z Czarneckim kilka razy. Kilkadziesiąt spotkań odbył z menedżerami jego banków.

Z monitoringu nie wynika, żeby Marek Ch. niszczył dokumenty