Cel jest oczywisty, o czym zresztą z rozbrajającą szczerością pisze sama poseł. Ma to pozwolić obsadzić krakowskie sądy nowymi sędziami, oczywiście takimi, którzy będą mniej krytycznym okiem niż ci obecni patrzeć na to, co z sądami powszechnymi robi obecna ekipa rządząca. Co się rozumie samo przez się, w tym gronie ma już nie być znanego chyba wszystkim z krytycznego podejścia do tzw. reformy sędziego Waldemara Żurka.

Choć wypowiedź ta wywołała spore poruszenie, zwłaszcza w środowisku sędziowskim, nie można nie zauważyć, że pani poseł jest w swoich przemyśleniach mało oryginalna. Dla każdego, kto interesuje się tym, co rządzący wyprawiają z sądami (i nie mam tu na myśli wyłącznie obecnej większości), choć kilka lat dłużej niż ostatnie trzy lata, taka wypowiedź trąci nieco myszką. Rządzący już jakiś czas temu pokazali bowiem, jak istotne jest dla nich, aby kompetencja znoszenia i powoływania sądów pozostawała niezmiennie w rękach ministra sprawiedliwości. Stało się to jasne przy okazji awantury, która rozpętała się w 2012 r. To wówczas stojący na czele resortu sprawiedliwości Jarosław Gowin (wtedy jeszcze w obozie PO) jednym podpisem pod rozporządzeniem zniósł ponad 70 sądów rejonowych. To spowodowało, że pojawiły się głosy, aby wprowadzić przepisy, które nie pozwalałyby ministrowi w tak prosty sposób przemeblowywać mapy polskiego sądownictwa. Ostatecznie nic z tego oczywiście nie wyszło, jednak przy okazji zaczęto głośno mówić o niebezpieczeństwach, jakie niesie ze sobą pozostawienie członkowi rządu niemal wolnej ręki w tym zakresie. I dziś, na skutek wypowiedzi jednego z członków KRS (sic!), obawy te wracają ze zdwojoną siłą.

Żeby być rzetelną, przytoczę jednak także powody, dla których pani profesor sformułowała takie, a nie inne żądanie względem ministra sprawiedliwości. Otóż stwierdza, że likwidacja sądu byłaby uzasadniona ze względu na poziom buntu krakowskich sędziów „przeciwko Rzeczpospolitej”. I tutaj taka moja nieśmiała rada co do zakresu tego żądania. Otóż wydaje mi się, że nasza wspólna Rzeczpospolita powinna być chroniona nie tylko przed sędziami krakowskimi, ale i przed całą „sędziowską kastą”. Może by więc skorzystać z rozwiązania, na jakie wpadł kilka lat temu nieżyjący już I prezes Sądu Najwyższego Stanisław Dąbrowski. Otóż w jednym z wywiadów udzielonych DGP stwierdził wprost, że „dla ministra sprawiedliwości optymalne byłoby utworzenie jednego sądu rejonowego w Warszawie, jednego okręgowego i jednego apelacyjnego”. Proszę tylko pomyśleć. Dzięki zastosowaniu takiego fortelu można by przecież było odpytać np. z tego, kto obecnie jest I prezesem SN, nie tylko sędziów z sądów jednej apelacji, ale i z całej Polski! No i oczywiście minister mógłby wówczas według własnego widzimisię przesuwać – niczym pionki na szachownicy – sędziów z jednego sądu do drugiego. A konstytucyjne gwarancje nieprzenoszalności i nieusuwalności sędziów, o których mówił w dalszej części wywiadu prezes Dąbrowski? Kto by się tam takimi drobiazgami przejmował. Wszak najważniejsze jest dobro Rzeczpospolitej!