RODO w najlepsze już jest stosowane. Żadna firma z tego powodu nie upadła, kobiety dalej rodzą dzieci, a słońce jak rano wschodziło, tak wschodzi nadal.
Reklama
Ucierpiały jednak media. Bo każdy dziennikarz wie, że zła wiadomość to dobra wiadomość. Trzeba więc było wymyślić, czym można by nastraszyć obywateli.
Padło na – zawsze na czasie – straszenie zamknięciem internetu. Miałoby ono wynikać z unijnej reformy prawa autorskiego. Jeśli wierzyć niektórym portalom internetowym – nie będzie można wstawiać już bezpiecznie żadnych linków na portalach społecznościowych, a nawet – o zgrozo! – wrzucać śmiesznych memów z kotami.

Informacja o tym, że krwiożerczy unijni biurokraci chcą pożreć biednych internautów, rozeszła się po polskiej sieci błyskawicznie. Linkowali (bo przecież jeszcze można) do tego politycy, biznesmeni i prawnicy. Co rusz pojawiały się nawiązania do nieudanego projektu ACTA, przeciwko któremu młodzi ludzie wyszli na ulice.

Reklama
Rzecz w tym, że straszenie nowymi unijnymi regulacjami być może dobrze się klika, ale ma niewiele wspólnego z prawdą.
Na początku coś wyjaśnijmy: uważam reformę prawa autorskiego za złą. Podobne rozwiązania przyjmowano już na szczeblach krajowych, np. w Niemczech, i się to nie sprawdziło. Ale między tym, że coś jest złe, a tym, że stanowi ocenzurowanie internetu, jest przepaść.


Czytam w wielu omówieniach, że unijna dyrektywa wprowadzi podatek od linków. Co ma – zdaniem niektórych – oznaczać, że pojawi się ryzyko, że za polecenie jakiegoś artykułu z Gazetaprawna.pl, będzie trzeba wydawcy Gazety Prawnej zapłacić.
Informuję: nie, nie trzeba będzie. Ba, wydawca naszego serwisu internetowego bardzo się cieszy z każdej wzmianki o naszych tekstach. Można linkować i udostępniać dowoli.


Podatek od linków ma obejmować wyszukiwarki i agregatory treści. Ich właściciele mieliby – w zamian za to, że bardzo obszernie linkują, na czym w dużej mierze opiera się ich model biznesowy – odprowadzać opłaty na rzecz wydawców prasy.
Czy to dobry pomysł? Nie jestem przekonany. Nie wierzę w to, by dało się skutecznie przymusić technologicznych gigantów do finansowania prasy. Dziś to oni dyktują warunki gry, a nie na odwrót. Ale ten spór nie ma nic wspólnego z wprowadzeniem opłat dla przeciętnego Kowalskiego.

Drugi najpoważniejszy zarzut do dyrektywy to wprowadzenie rygorystycznych zasad dla platform internetowych przy ocenie legalności wrzucanych materiałów. Innymi słowy, właściciel serwisu streamingowego będzie musiał jeszcze przed opublikowaniem materiału użytkownika ocenić, czy nie narusza on praw osób trzecich. Wirtualna Polska nazwała to kilka dni temu „automatyczną cenzurą”.

Tyle że ta cenzura w najlepsze obowiązuje na YouTube. Jest zawodna. Zapewne usunięto z YT wiele filmów, które niczyich praw nie naruszały, bo bazowały np. na prawie cytatu. Ale nadal to YouTube jest jedną z najpopularniejszych platform na świecie. Czasem na niego narzekamy, ale – statystycznie – to właśnie z niego korzystamy.

Jeśli więc „internet, jakiego nie znaliśmy” będzie wyglądał tak jak teraz wygląda YouTube czy tak jak już kilka lat temu wyglądały portale społecznościowe w Niemczech – czy rzeczywiście jest powód do przerażenia?