Kilka lat temu pod moim blokiem kręcili się kloszardzi. Ich celem był śmietnik. Pełen skarbów – butelek po piwie, puszek, złomu, makulatury. Dla mieszkańców to składowisko niepotrzebnych odpadów, których chcieli się pozbyć. Dla śmieciowych nurków – miejsce wypełnione cennymi rzeczami, wystarczy je tylko wybrać i zanieść do właściwego skupu, a więc spieniężyć. Za kilogram puszek w punkcie nieopodal otrzymywali 4 zł, za makulaturę 40 gr, a za butelkę zwrotną 35 gr.

Z uwagi na pewną uciążliwość kręcących się osób, administracja postanowiła zamknąć śmietniki na kłódkę. Teraz każdy mieszkaniec ma kluczyk do tego skarbca. Ale pieniędzy z tego sejfu nie wyjmuje. A za wyrzucane do niego śmieci płaci i to co roku więcej, mimo że obecnie sam segreguje odpady.

Spytałam jednego z profesorów, który specjalizuje się w gospodarce komunalnej: „Dlaczego tak się dzieje, że za towar, za który płacą kloszardom, ja płacę komuś, gdy go oddaję, mimo że mam z tego surowiec gotowy do przetworzenia?”. Otrzymałam brutalną odpowiedź: „Po prostu nas doją”. Co prawda, nie każdy śmieć nadaje się do przetworzenia, ale znaczna ich część na pewno. Może w ogólnym rozrachunku przeciętny mieszkaniec na śmieciach, które sam produkuje, by nie zarobił, ale mógłby przynajmniej wyjść na zero. Tymczasem ja płacę za nie ok. 40 zł miesięcznie. „To jest dopiero biznes, dopłacamy firmom do towaru, na którym te zarabiają krocie. Jednak jeszcze sporo wody w Wiśle musi upłynąć, aby mieszkańcy nauczyli się na śmieciach przynajmniej nie tracić”– dodał profesor.

A na koniec jeszcze jedna historia. Parę lat temu głośno było o Puszkowym Curcie. Codziennie przechadzał się ulicami pewnego szwedzkiego, nadmorskiego miasta w poszukiwaniu pustych puszek i innych śmieci. Wszyscy brali go za zwykłego kloszarda. Dopiero po jego śmierci okazało się, że był milionerem. To, co zarobił na śmieciach, inwestował na rynkach zagranicznych. Wiedział, co robić z pieniędzmi, bo codziennie odwiedzał bibliotekę i analizował prasę ekonomiczną. W ten sposób zarobił 1,5 mln dol. Zgromadził pakiet akcji w firmach oraz depozyt w sejfie szwajcarskiego banku – ponad 100 sztabek złota.

Jaki z tego morał? Odpad to pieniądz, a nie śmieć. Może zatem warto czerpać przykład z kloszardów? Albo przynajmniej uwolnić dla nich śmietniki. Skoro my nie potrafimy na nich zarabiać.