Ich płace nie wzrosły, bo w kasie kraju nie było pieniędzy na podwyżki dla nich, za to znalazły się dla nauczycieli i służb mundurowych. Mogą mieć zatem poczucie, że zaciskanie pasa w budżetówce obowiązuje, ale nie wszystkich. Kogo będą obwiniać?

Wiadomo: rząd, który w tym przypadku nie będzie miał twarzy Donalda Tuska, lecz ministra sprawiedliwości. W końcu to Jarosław Gowin nie obronił ich interesów, gdy ustawa okołobudżetowa na 2012 r. wychodziła z Rady Ministrów.

Szefa resortu mogą też wskazać jako winowajcę likwidacji 79 sądów od nowego roku. Jego pomysł? Jego. I jeszcze ma w nosie nie tylko literę prawa, ale i samych sędziów, bo otwarcie mówi o ukróceniu Bizancjum. Dla niego ważniejsza jest realizacja planów: wyrównanie obciążenia pracą w poszczególnych sądach i skrócenie czasu orzekania niż wrzenie w środowisku i „bunt garstki”, jak się wyraził o tych, co wolą przejść w stan spoczynku zamiast dojeżdżać do innego sądu.

I co? Znowu cele państwa górą.

Jeszcze kilka grzechów sędziowie Gowinowi mogliby wytknąć. Tyle że sami mają na sumieniu większe. Przez lata pracowali na obecny brak zaufania ze strony społeczeństwa, na określenie „wymiar (nie)sprawiedliwości” i upadek autorytetu, a Gowin nie szefował wtedy resortowi.

Nie broni się argument, że „sędzia Milewski” (ten od przyspieszania procedur przy Amber Gold) to wyjątek, który nie powinien być podstawą do generalizowania. Bo takich wyjątków jest tak wiele, że zaczynają być regułą.

Dziś opisujemy kolejny przypadek, gdzie podobnie jak w głośnej sprawie sędziego Zbigniewa Wielkanowskiego (ten, którego „Rzeczpospolita” opisała jako „Sędziego do wynajęcia”), wyrok nie zapadł z powodu przedawnienia. Tym razem urlop był ważniejszy niż rozprawa. Gowin na pewno nie miał z tym nic wspólnego. Kto jest winny?