Gruchnęło w mediach, że polscy pogranicznicy odmówili poddania się argumentowi miłości. Mówiąc wprost – odesłali z kwitkiem obywatela Filipin, który chciał wjechać do Polski bez wizy, powołując się na fakt, że przyjechał ze swoim polskim partnerem, z którym zarejestrował związek partnerski w Wielkiej Brytanii. A funkcjonariusze nic: że bez wizy nie wpuszczą, nawet jeśli panowie się kochają, bo w Polsce związków partnerskich nie ma.

W sprawę zaangażowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka. W obronie Filipińczyka wyciąga dyrektywę unijną, która przyznaje prawo wjazdu partnerowi, z którym obywatel Unii zawarł zarejestrowany związek partnerski, ale – uwaga, uwaga! – o ile ustawodawstwo przyjmującego państwa członka UE uznaje takie związki.

Jaki był więc błąd służb? Że nie zastosowały innego przepisu tej dyrektywy o tym, że należy wjazd takiego partnera na polskie terytorium ułatwić. „Organ nie dokonał szczegółowej analizy sytuacji osobistej podróżnika” – zarzuca prawnik zajmujący się sprawą.

Ja też wiele oczekuję od służb mundurowych. Żyją z naszych podatków, mają przywileje emerytalne – wszystko rozumiem.

Ale spodziewać się, że będą ułatwiać coś, czego robić w świetle prawa nie wolno, a przy tym jeszcze dokonają szczegółowej analizy sytuacji osobistej – to może nadmiar oczekiwań? Przecież gdyby zaczęli odpytywać przyjaciela z Filipin, jak bardzo ma zażyły związek z Polakiem i jak może to udowodnić, to dopiero byśmy się oburzali na naruszanie konstytucyjnego prawa do prywatności, prawda?