Jerzy Stępień, prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego

Dwukrotnie zajmowałem się w ostatnich miesiącach dziwnymi rządowo-parlamentarnymi manipulacjami wokół ustawy o dostępie do informacji publicznej. Ostatnia jej nowelizacja znalazła się w Trybunale Konstytucyjnym ze skutkiem od początku łatwym do przewidzenia.

Trybunał orzekł w tej sprawie na wniosek prezydenta w trybie kontroli następczej. Wniosek został złożony bezpośrednio po złożeniu przez prezydenta podpisu pod ustawą, ale oczywiście byłoby lepiej, gdyby nastąpiło to przed jej podpisaniem.

Wszyscy bowiem mieli świadomość, że poprawka wprowadzona przez Senat, zgłoszona przez senatora, którego nazwisko tu przemilczymy, bo i tak wystarczająco często przywołuje je od wielu miesięcy w tym właśnie kontekście prasa, jest niezgodna z konstytucją ze względu na tryb jej wprowadzenia.

Wszyscy – to znaczy: na pewno pracownicy biur prawnych Sejmu, Senatu oraz Kancelarii Prezydenta – wiedzieli, że tak, jak to uczyniono w tej sprawie, nowelizować ustaw nie wolno. Linia orzecznicza dotycząca trybu wprowadzania poprawek przez Senat została ustalona wiele lat temu, następnie wielokrotnie potwierdzona przy różnych okazjach.

Prezydent w sprawie ustawy o dostępie do informacji publicznej, choć miał zastrzeżenia do jej konstytucyjności, wolał nie konfliktować się z rządem

Wiedza ta nie była przecież chomikowana przed politykami – oni również doskonale orientowali się, że to spotka się z negatywną reakcją trybunału. Temu skandalowi legislacyjnemu (nie waham się użyć tego określenia) poświęcono także w prasie wiele artykułów.

A jednak... Orzeczenie trybunału z 18 kwietnia postawiło kropkę nad i. Ale czy będzie to dostateczną przestrogą na przyszłość? Obawiam się, że niestety nie.

A przecież mamy ambicję być państwem prawa. Deklarujemy tak w niezliczonych dokumentach, opracowaniach, przemówieniach – szczególnie od święta, a także przy lada okazji. Kiedy jednak przychodzi potwierdzić to czynem – słoma wychodzi z butów. „Mamy większość w izbie, więc kto nam podskoczy?” – tak wygląda, niestety, w rzeczywistości filozofia postępowania legislacyjnego nad Wisłą.

Bardzo często u początków mojej drogi zawodowej, kiedy rozmówca dowiadywał się, że jestem prawnikiem, opatrywał ten fakt takim oto komentarzem wypowiadanym z lekkim uśmieszkiem: prawo jest w końcu po to, by je można było obchodzić. Wypadało wtedy się oduśmiechnąć na znak, że bierzemy razem udział w zmowie obywatelskiej przeciwko wrogiemu państwu.

Tyle że to było czterdzieści lat temu...