Moda na punktacje i oceny dotarła do wymiaru sprawiedliwości. Ale jej powitanie w gmachu Temidy nie było owacyjne. W sądach i prokuraturach słychać buczenie.

Sędziowie i prokuratorzy mają za złe ministrowi sprawiedliwości, że po latach służby traktuje ich jak debiutantów, którzy muszą się dopiero wykazać w pracy i zdobyć uznanie przełożonych. Dlatego i jedni, i drudzy protestują przeciwko okresowym ocenom, które autorzy pomysłu postanowili przypieczętować w ustawach o ustrojów sądów powszechnych i o prokuraturze. Od roku trwające spory i dyskusje na ten temat zakończyły się fiaskiem. Autorzy projektu ustąpili z jednego czy drugiego drobiazgu i dali jasno do zrozumienia, że na więcej nie ma co liczyć. Ich zdaniem zgłaszający uwagi sędziowie i prokuratorzy oczekiwali w gruncie rzeczy rezygnacji z projektowanych rozwiązań, a na to resort nie mógł przystać. Czy rzeczywiście nasi sędziowie, a także prokuratorzy, boją się tak panicznie ocen. Skoro nie zaszkodziły one sędziom w Austrii czy Holandii, dlaczego mają nadwyrężyć autorytet polskiej togi?

Diabeł w arkuszu ocen

Kto wie, czy sedno sporu nie polega na tym, że jeszcze nie wiadomo, co będzie brane pod uwagę w ocenach. Czy w rubrykach kwestionariusza, nad którym pracuje Ministerstwo Sprawiedliwości, znajdą się informacje dotyczące sędziowskiej kindersztuby i punktualnego rozpoczynania rozpraw, czy raczej będzie tam chodziło o odnotowanie udziału sędziego w dniach bez wokand? Czy rubryki kwestionariusza zostaną ukierunkowane na charakterystykę osobowości ocenianego, czy będzie to weryfikacja wydawanych przez sędziów i prokuratorów decyzji.

Wprowadzić do ustawy obowiązek okresowych ocen nie jest trudno. Diabeł tkwi w szczegółach. To właśnie od konkretnych pytań będzie zależało, czy arkusze ocen wprowadzą nasz wymiar sprawiedliwości w krainę obiektywizmu, czy raczej otworzą furtkę do wywierania nacisków na sędziów i prokuratorów. Nad tą sprawą ustawodawca nie może przechodzić do porządku dziennego. Tutaj z całą pewnością nie wystarczy prosty opis liczby spraw rozpoznanych przez sędziego czy prokuratora. Niektórzy sędziowie z dużą liczbą zakończonych spraw mogą mieć przecież w swoich referatach sprawy proste, bezsporne, bez świadków i biegłych, które udaje się zakończyć na pierwszym czy drugim posiedzeniu. I odwrotnie. Sędziowie z małą liczbą wyroków mogą przedzierać się każdego dnia przez sprawy liczące po kilkadziesiąt tomów akt, gdzie każdy świadek jest z innego miasta.

Wątpliwa mobilizacja

W takich przypadkach do oszacowania czasu, który jest niezbędny sędziemu czy prokuratorowi do zakończenia sprawy, nie wystarczy stosowanie jednego czy dwóch szablonów efektywności pracy. Potrzebne są modele bardziej szczegółowe. W Holandii, która również ocenia swoich sędziów, dla zobiektywizowania tych ocen stosuje się 48 różnorodnych szablonów. I jakoś korona z głowy nikomu jeszcze nie spadła.

Dlatego w dyskusji o ocenach okresowych bardziej niepokojące jest mnożenie ocen. W resorcie, którego szef zmienia się średnio co dwanaście miesięcy, jest to zajęcie ulubione. Istnieją tam już okresowe wizytacje i lustracje sądów oraz wydziałów, mamy oceny kwalifikacji sędziów, skargi na przewlekłość postępowań i wreszcie postępowania dyscyplinarne.

Dlatego jeżeli słyszę, że do tego katalogu ma dołączyć kolejny system ocen, i to, jak podkreśla resort sprawiedliwości w celu „mobilizowania sędziów do sprawnego i efektywnego postępowania przy rozpoznawaniu spraw, a także prezentowania wysokiej kultury osobistej i sposobu bycia”, zaczynam powątpiewać w jego moc sprawczą. Czy chcąc sprawdzić, czy sędzia mówi przepraszam, gdy spóźni się na salę rozpraw, trzeba od razu nowelizować ustawę o ustroju sądów powszechnych?