A co za tym idzie, obywatele mają prawo się dowiedzieć, co, za ile i jak często w warszawskich restauracjach kupowali najlepsi orzekający w Polsce.

Muszę państwa przeprosić. Nie doceniłem pomysłowości Sądu Najwyższego. Wspomniany tekst zakończyłem bowiem stwierdzeniem: „Teoretycznie możliwy jest wariant, że SN nadal nie będzie chciał ich (żądanych informacji – red.) przekazać. Musiałby jednak wówczas wykazać np., że wyciągi z kart stanowią tajemnicę przedsiębiorstwa (którym sąd nie jest) lub że SN podlega przymusowej restrukturyzacji (co jest prawnie niedopuszczalne)”. Co oczywiście było drobną złośliwością. Ale okazało się, że pierwszy prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf rzeczywiście odmówiła wyłożenia kart na stół.

Użyta argumentacja jest zaś jeszcze bardziej kuriozalna niż zasłanianie się upadłością sądu. Jak bowiem czytamy w wydanej decyzji odmownej, udostępnienie informacji o wydatkach ze służbowych kart jest niemożliwe ze względu na... rotę przysięgi sędziego. Gdyby ktoś nie znał, służę: „ślubuję uroczyście jako sędzia Sądu Najwyższego służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, stać na straży prawa, obowiązki sędziego wypełniać sumiennie, sprawiedliwość wymierzać zgodnie z przepisami prawa, bezstronnie według mego sumienia, dochować tajemnicy prawnie chronionej, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości”.

No i w ocenie Sądu Najwyższego ujawnienie wydatków sędziów – za które oczywiście zapłacili podatnicy – stanowiłoby niedochowanie tajemnicy. Profesor Gersdorf przypomina, że przysięga ta wiąże ją tak samo, jak wszystkich innych sędziów. I, choćby najbardziej chciała, nie może podać numerów kart płatniczych. Zabrania tego bowiem regulamin banku, w którym jak byk stoi, że „ze względów bezpieczeństwa numer karty ani inne dane widniające na karcie nie mogą być udostępniane osobom trzecim”. No i w grę – co podkreśla SN w wydanej decyzji – wchodzi też tajemnica bankowa. Innymi słowy, stanowisko sądu można sparafrazować tak: bardzo byśmy chcieli pomóc, ale nie możemy.

Rzecz w tym, że Fundacja ePaństwo, która wystąpiła z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej, nie chciała oczywiście żadnych numerków. Bo te nikogo, kto nie chce opróżnić konta, nie obchodzą. Chciała tylko i aż dowiedzieć się, ile służbowych kart wydano, kto je otrzymał, oraz dostać wyciągi zawierające wykazy wydatków. Krótko mówiąc, dowiedzieć się, którzy z sędziów i pracowników wydawali publiczne pieniądze.

Potwierdza to zresztą Krzysztof Izdebski z fundacji, który wydaną decyzję komentuje tak: „zaskoczyło nas to, że powołano się na przepisy, które sprawy w ogóle nie dotyczą, jak na wspomnianą już treść roty sędziego Sądu Najwyższego, ale również ogólnie przywołaną tajemnicę bankową, która dotyczy wyłącznie pracowników banku, a nie dysponenta rachunku. Odniesiono się również do udostępnienia informacji, których w ogóle nie żądaliśmy. Nie żądaliśmy np. udostępnienia numerów kart, a mimo to w uzasadnieniu decyzji przedstawiono stosunkowo obszernie, dlaczego... odmówiono nam dostępu do tych informacji”.

Jakkolwiek cenię Krzysztofa Izdebskiego i uważam go za jednego z najbardziej łebskich prawników w Polsce, tak – przyznam się bez bicia – znalazłbym kilku fachowców w Sądzie Najwyższym, do których mam nie mniejsze zaufanie. A w zasadzie miałem – bo nie mam żadnych wątpliwości, że z tego retorycznego starcia zwycięsko wychodzi przedstawiciel ePaństwa. Zarazem nie śmiałbym nikogo posądzać o złe intencje. To musi być kwestia albo niezrozumienia wniosku fundacji, albo nieznajomości przepisów. Choć nie ukrywam, że się zmartwiłem faktem, że nikt nie dostrzegł tego, iż tajemnica bankowa rzeczywiście wiąże przedstawicieli banków, a nie dysponentów rachunku. Co jest oczywiste nawet dla studenta trzeciego roku studiów prawniczych.

Decyzja wydana przez pierwszego prezesa SN nie oznacza wcale, że temat jest zamknięty. Znając życie oraz zaangażowanie społeczników, zapewne znów sprawa trafi do sądu. I – co przyzna każdy prawnik zajmujący się kwestiami dostępu do informacji publicznej – zakończy się kolejną sromotną porażką Sądu Najwyższego. Po co więc wydłużać nieuniknione o dwa, trzy lata? I czy naprawdę warto na 14 stronach decyzji łapać się lewą ręką za prawe ucho, by tylko nie powiedzieć ludziom, ile publicznych środków wydano na bieżące potrzeby sędziów? Sąd Najwyższy – co stwierdzam z przykrością – stosuje mechanizm znany z prowincjonalnych gmin, które uważają, że transparentność i współpraca z obywatelami to jedynie zbędne utrudnienie w prowadzeniu swoich biznesów. Innymi słowy tam, gdzie standardy powinny być najwyższe z możliwych, królują wzorce z zamierzchłego PRL, a nie rodzącej się, fakt faktem w bólach, demokracji.

To zresztą może być problem daleko wykraczający poza prawo obywateli do prywatności. Sędziowie gardłują bowiem w ostatnich miesiącach, że politycy robią na nich zamach. Przedstawiciele trzeciej władzy mówią: „oni mają siłę, więc nas tłamszą”. I to prawda. Ale czymże jest odmawianie obywatelom ich podstawowych konstytucyjnych praw (a to właśnie w niniejszym przypadku robi Sąd Najwyższy), jeśli nie tłamszeniem słabego obywatela? I czy wówczas władza sądownicza ma prawo oczekiwać poparcia ze strony tych, których traktuje z wyższością? Pamiętajmy też, że prof. Małgorzata Gersdorf w ostatnich dniach przez wielu nazywana była ostatnią obrończynią demokracji. A od kogoś takiego chyba mamy prawo wymagać więcej. Nawet jeśli wyłożenie kart na stół, które mogą być lekko przybrudzone niedojedzonym carpaccio, spowoduje u niektórych lekką niestrawność.