Miasta i gminy, które szykują się na uroczystości, z wyprzedzeniem informują mieszkańców, że będą ich czekały niedogodności. Ja już wiem, że 8 lipca powinnam wziąć urlop. Bo ze względu na obrady na Stadionie Narodowym przedostanie się z prawego na lewy brzeg Wisły może okazać się dla mieszkających po praskiej stronie stolicy nie lada wyzwaniem. Podobnie będzie w końcu lipca w Krakowie.

Wielkie, światowej rangi imprezy wiążą się nie tylko z kłopotami dla mieszkańców. Przede wszystkim w dzisiejszych czasach trzeba się pilnie strzec przed terrorystami. Choć służby specjalne na wszelkie ewentualności szykują się od miesięcy, to nasza ustawa antyterrorystyczna dopiero kończy swoją parlamentarną drogę (gdy zamykaliśmy numer, nie były jeszcze znane losy głosowania w Senacie). A przecież nic nie stało na przeszkodzie przyjęciu jej na tyle wcześnie, by dla każdego posterunkowego czy urzędnika w gminie zobowiązanego do przekazania informacji było jasne, na jakiej podstawie działa. I by w razie zagrożenia również na przykład przedsiębiorcy odpowiedzialni za bezpieczeństwo w niewielkim miejskim zakładzie wodno-kanalizacyjnym lub lokalnej elektrociepłowni wiedzieli, co mają robić. Nie tylko ministerialne elity powinny mieć czas, by się z przepisami zapoznać.

A może właśnie zamysł był taki, by przyjąć przepisy na tyle późno, by obywatele nie protestowali głośno, że są zbyt restrykcyjne? Bo już wiadomo, że regulacje ukryte pod antyterrorystycznymi hasłami uderzą w niejednego obywatela, począwszy od takiego, który przywykł do telefonu na kartę prepaid, a teraz będzie musiał ujawnić swoje dane. Nie da się też przed Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego ukryć danych z różnych rejestrów, choćby Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, z którego wynika np., dlaczego ktoś przeszedł na rentę. Możliwe będzie też blokowanie określonych treści w internecie. Tak więc będzie bezpieczniej. Ale czy aby nie nadmiernie?