statystyki

Kto ma rację, czyli światowe spory o konstytucję

autor: Emilia Świętochowska29.04.2016, 07:19; Aktualizacja: 29.04.2016, 07:22

Nawet w dojrzałych demokracjach zdarzają się kraje bez trybunałów konstytucyjnych. Również i tam sędziowie i politycy toczą boje o to, kto lepiej rozumie ustawę zasadniczą.

Reklama


W ponad 200-letniej historii amerykańskiego Sądu Najwyższego niejednokrotnie zdarzało się, że zaszczyt nominacji na najwyższy urząd sędziowski w państwie dosięgał kandydatów niekompetentnych, kontrowersyjnych lub budzących poważne zastrzeżenia etyczne. Do tej kategorii należała Harriet Miers, mało doświadczona prawniczka po uniwersytecie religijnym, którą w 2005 r. George W. Bush wytypował na wakat w SN w nagrodę za lojalną służbę w jego gubernatorskiej administracji w Teksasie. Po pierwszym spotkaniu z nominatką członkowie senackiej komisji do spraw sądownictwa zakulisowo przyznawali, że jej odpowiedzi chwilami obrażały ich inteligencję. Miers nie miała pojęcia o wielu podstawowych zagadnieniach konstytucyjnych ani nie była biegła w pisaniu apelacji. Przez większość kariery zawodowej spełniała się bowiem raczej w roli menedżera, niż adwokata sądowego. Ostatecznie w atmosferze kompromitacji wycofała się z dalszych starań o urząd sędziowski.

Presja ze strony mediów i opozycji nie zrobiły za to dużego wrażenia na Robercie Borku, nominowanym w 1987 r. na sędziego SN przez prezydenta Ronalda Reagana. O ile formalne kwalifikacje prawnika nie budziły zastrzeżeń, o tyle jego poglądy w sprawach społecznych wywołały zdecydowany sprzeciw moralny liberalnego skrzydła opinii publicznej. Bork, zagorzały krytyk aktywizmu sędziowskiego, otwarcie deklarował, że wyroki SN legitymizujące aborcję, akcję afirmatywną i zakaz dyskryminacji ze względu na płeć naruszały prawa stanów; i w gruncie rzeczy były niekonstytucyjne. Demokraci i mainstreamowe media przykleiły mu etykietę ideologicznego ekstremisty i w efekcie głosowanie senackie definitywnie zamknęło mu drogę do urzędu.

Check and balance

Zarówno w przypadku Miers, jak i Borka, impas w procesie nominacyjnym szybko został zażegnany, a ich następcy bez problemu uzyskali akceptację senatorów. Niedoszli sędziowie i przedstawiciele władz federalnych zachowali się zgodnie z wyświęconym obyczajem i literą prawa, dlatego nie było mowy o poważnym kryzysie. W kraju, który może pochwalić się najdłuższą tradycją sądownictwa konstytucyjnego, było nie do pomyślenia, aby prezydent zignorował wolę wyższej izby Kongresu albo odwrotnie.

Dwa miesiące temu coś jednak pękło. Gdy prezydent Barack Obama zapowiedział, że następcę zmarłego 13 lutego konserwatywnego sędziego Antonina Scalii wskaże w ciągu kilku tygodni, przywódcy republikańskiej większości w Senacie od od razu ogłosili, że zrobią wszystko, co możliwe, by nie dopuścić do wyboru kolejnego liberała do SN. Zgodnie z ich tyleż nowatorską, co karkołomną argumentacją w ostatnim roku urzędowania głowa państwa nie ma prawa podejmować decyzji, która może przesądzić o tym, czy w kolejnych dekadach Ameryka będzie przechylać się bardziej na lewo, czy prawo. Nawet jeśli na sfinalizowanie procedury nominacyjnej pozostawał prawie rok (do tej pory średnio trwała ona kilka miesięcy). Na razie minęły dwa miesiące, prezydent Obama wybrał swojego kandydata, a senatorowie wciąż blokują jego przesłuchanie. Komentatorzy powtarzają w kółko, że posunięcie republikanów to historyczny precedens. Ale nikt nie potrafi z całą pewnością stwierdzić, czy prezydent, który ma wszelkie argumenty prawne, aby postawić na swoim, wyjdzie z tego politycznego starcia zwycięsko.

Amerykański konflikt o prawo do wyboru sędziego to tylko jeden z jaskrawych przykładów obalających mit, że w demokracjach dojrzalszych niż nasza sądy konstytucyjne są bardziej odporne na zakusy polityków i wolne od rozgrywek partyjnych ze względu na dłuższą tradycję.

– Myślę, że w ogóle nie istnieje taki system kontroli konstytucyjności prawa, który nie byłby podatny na kryzysy prowokowane przez polityków – mówi DGP profesor Gábor Halmai, ekspert od porównawczego prawa konstytucyjnego z Uniwersytetu Eötvösa Loránda w Budapeszcie.

Dodaje, że bez większego znaczenia jest to, czy mamy do czynienia z amerykańskim modelem kontroli rozproszonej, w którym to sądy powszechne oceniają konstytucyjność ustaw przy okazji rozpatrywania konkretnej sprawy, czy z z modelem kontroli skoncentrowanej, sprawowanej przez wyspecjalizowane organy władzy sądowniczej (czyli sądy konstytucyjne lub trybunały).

Ale podobnie jak wielu innych ekspertów profesor Halmai przyznaje, że wyjątkiem potwierdzającym regułę jest niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny, cieszący się nie tylko szerokim poparciem społecznym (w sondażach opinii publicznej oscyluje ono w okolicach 75 proc.), ale także bezwzględnym szacunkiem pozostałych władz.

– Nie wierzę w to, że którakolwiek niemiecka partia polityczna obecnie zasiadająca w parlamencie byłaby w stanie posunąć się do ingerencji w niezależność trybunału w takim zakresie, w jakim zrobili to polscy rządzący – przyznawał niedawno w rozmowie z DGP profesor Hans Schulte-Nölke, dyrektor Instytutu Europejskich Studiów Prawniczych na Uniwersytecie w Osnabrück.

W jego ocenie najważniejszym powodem, dla którego FTK funkcjonuje we względnej harmonii z organami pozostałych władz są liczne mechanizmy kontroli i równowagi (checks and balances) wpisane w jego starannie przemyślaną konstrukcję: zaczynając od skomplikowanego, rotacyjnego wyboru sędziów i dwuizbowej struktury (związanej z zasadą federalizmu), aż po wymóg, aby główne siły polityczne w parlamencie osiągnęły kompromis w sprawie każdego kandydata (formalnie muszą oni uzyskać 2/3 głosów).


Pozostało jeszcze 64% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie

Wyszukiwarka kancelarii

SzukajDodaj kancelarię

Polecane

Reklama