(...)

Nikt jednak nie przypuszczał, co będą niosły ze sobą wybory sędziów TK. Najpierw wybory październikowe, przeprowadzone w ciągu jednego tygodnia, mimo że terminy upływu kadencji poprzedników były znane i było mnóstwo czasu, żeby się do tego procesu przygotować. W pośpiechu, naruszając standardy. Po pierwsze poprzedni Sejm przegłosował niekonstytucyjny wybór dwóch sędziów na zapas, na podstawie zmienionej w ostatniej chwili ustawy. Po drugie jeden z kandydatów, prof. B. Sitek, budził poważne wątpliwości związane ze spełnianiem warunków formalnych (studia nie z prawa, ale z prawa kanonicznego), które wyjaśniano niemal w biegu, opracowując w nocy odnośne ekspertyzy. Październikowy proces wyłaniania sędziów nie został zakończony, bowiem żadna z wybranych osób dotąd nie złożyła ślubowania, a prezydent odmawia w tej mierze stosowania prawa i działania zgodnego z wyrokiem TK. Warto wspomnieć, że z bardzo podobną sytuacją będziemy mieli do czynienia w 2019 r. Wtedy także kadencja trzech sędziów upływa krótko po prawdopodobnej dacie wyborów parlamentarnych (3 grudnia 2019 r.). Ciekawe, czy ostatnia lekcja przyniesie skutki, i będziemy do tego przygotowani.

Jednak koniec 2015 r. przyniósł także wydarzenia, które mogłyby stać się kanwą sensacyjnego filmu. Na zajęte miejsca Sejm wybiera nowych sędziów w ciągu doby. Zgłoszeni 1 grudnia wieczorem, wybrani 24 godziny później. Osoby zainteresowane ich życiorysami mają kilka godzin (podczas których media ujawniają liczne kontrowersyjne polityczne powiązania kandydatów). Niedługo po wyborze nowi sędziowie składają przed prezydentem ślubowanie – w atmosferze tragikomicznej, pod osłoną nocy, by już rano w asyście panów z BOR zażądać wejścia do budynku trybunału.

Monitorowanie takich wyborów ogranicza się do rejestrowania faktów, nie ma czasu na standardowe działania: kontakt z kandydatami, wypełnienie przez nich kwestionariusza i przekazanie informacji na temat doświadczenia, opracowanie profili kandydatów, zorganizowanie spotkań z nimi. Jak wiemy dwoje z pięciorga wybranych sędziów orzeka (choć podkreślając, że ich udział jest aktem protestu, a nie legitymizowaniem nielegalnych ich zdaniem działań trybunału), status trzech jest zawieszony. I w takiej to atmosferze dochodzi do wyborów sędziego na kolejne zwalniające się stanowisko.

Jak gdyby nigdy nic

Jak więc potraktować te wybory? Jak się zachować? Uznać, że jest to niezależny proces, który może w spokoju przebiegać osobno? Abstrahować od obecnej sytuacji i wypowiedzi przedstawicieli rządu oraz ministra sprawiedliwości, który nie uznaje działań trybunału, a sędziom grozi, pisząc, że „jakiekolwiek próby działania TK (...) mogą jedynie stać się przedmiotem podjętej przez niego kontroli przestrzegania prawa”?

Jako koalicja organizacji: INPRIS, Fundacji Helsińskiej i Międzynarodowej Komisji Prawników, która od 2006 r. monitoruje wybory sędziów TK, kilka dni po ogłoszeniu druku sejmowego z nazwiskiem jedynego kandydata, prof. Zbigniewa Jędrzejewskiego (partie opozycyjne tym razem nie zdecydowały się na zgłoszenie kogokolwiek), skontaktowaliśmy się z profesorem. Poinformowaliśmy o prowadzonym monitoringu i jego metodologii, prosząc o stosowne informacje. Uznaliśmy też, że nie możemy nie odnieść się do obecnej sytuacji. Zadaliśmy więc dwa dodatkowe pytania: Jakie jest pańskie stanowisko w sprawie nieodebrania ślubowania od sędziów wybranych przez Sejm w październiku 2015 r.? Jakie jest pańskie stanowisko w sprawie nieopublikowania wyroku TK z 9 marca 2016 r.?

Czy kandydat odpowie na nasze pytania, nie wiem, sądzę jednak, że podobne pytania padną podczas posiedzenia komisji sejmowej. Wypada bowiem wiedzieć, czy osoba, która kandyduje do TK, uznaje działania jego sędziów (wybranych przez różne większości parlamentarne, bywało, że niemal jednomyślnie) za nielegalne; czy może uważa, że rozprawy, które trybunał tydzień temu wznowił, to spotkania towarzyskie?

Cały felieton czytaj w eDGP.