Przypomnę sędziemu Żurkowi, czym jest polemika: dyskusją, przechodzącą nawet w spór, na istotne dla społeczeństwa tematy. Próbowałam ją wywołać felietonem, przywołując kontrowersyjne przykłady niedoskonałości (łagodnie to ujmijmy) w działaniu wymiaru sprawiedliwości. W odpowiedzi otrzymałam od reprezentanta bardzo szacownej instytucji, mającej wpływ na to, jak wygląda polskie sądownictwo, bukiet insynuacji i argumentów ad personam. Nie chcę wchodzić na ten poziom rozmowy, bo cóż miałabym wówczas napisać? Że mam dużo ruchu, uprawiam sport, więc nie potrzebuję dobrych rad typu „polecałbym bieganie lub worek bokserski, ewentualnie spacery po lesie”.

Trudno mi także odnosić się do aluzji co do moich sympatii ideowych, pewnie pan sędzia nie zrozumiałby, gdybym starała się mu wytłumaczyć, że bardziej niż program jakiegokolwiek ugrupowania na współczesnej scenie politycznej przekonują mnie słowa Zbigniewa Herberta z wiersza „Przesłanie Pana Cogito”. To moje motto życiowe, więc pewnie jestem naiwną – w oczach pana sędziego Żurka – osobą. Nie tak światową jak on, niemającą parcia na szkło – od dłuższego czasu dziękuję odmownie za zaproszenia do rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych. Moją robotą jest pisanie. To prawda, przepracowałam kilka – mile zresztą wspominanych lat – w „Super Expressie”, dawno temu, kiedy język tego tabloidu był na poziomie „Gazety Wyborczej”. Chcę jednak w tym momencie pogratulować panu sędziemu: choć mnie pewnie byłoby trudno się przystosować do współczesnego poziomu przekazu prasy tego typu, Waldemar Żurek nie miałby z tym najmniejszego problemu. Poziom jego argumentacji czerpie najlepsze wzory z niemieckich brukowców. To właśnie argumenty ad personam, aluzje, niedomówienia. Ale mniejsza o to, nie bądźmy małostkowi.

W tekście „Ja też pozwolę sobie na więcej” – przynajmniej moim skromnym zdaniem – sędzia Żurek wychodzi ciut dalej, niż powinien, jako rzecznik KRS. Niemniej staram się zrozumieć polemiczny zapał, który czasem każe pomijać fakty, zwłaszcza te niewygodne. Jednak czyż jego zadaniem, jako rzecznika właśnie, jest obrażanie dziennikarzy piszących nie po jego myśli, czy może raczej dostarczanie racjonalnych argumentów, dbanie o to, aby wymiar sprawiedliwości w Polsce był dobrze odbierany, szanowany przez obywateli? Napisanie w odpowiedzi na autorski felieton dziennikarce, że nie wszyscy ją lubią (całe szczęście), nie jest najlepszym rozwiązaniem. Tak samo jak wydzwanianie do szefów rozmaitych mediów z awanturą i żądaniem zdjęcia z sieci tekstu, który nie spodobał się rzecznikowi. Ja nie musiałam wydzwaniać po ludziach, żeby się tego dowiedzieć. Ani googlać w necie. To po ripoście Waldemara Żurka ludzie do mnie dzwonili, żeby opowiedzieć o jego cenzorskich zapędach. Gdybym była na miejscu pracodawców sędziego, skierowałabym go na kurs, który pozwoliłby mu podnieść jego miękkie kompetencje związane z pełnieniem funkcji rzecznika, by polskie standardy podnieść do poziomu tych międzynarodowych. Sędzia Żurek strofuje mnie: „Mam nadzieję, że pani redaktor ma świadomość, że do sądów wpływa rocznie ponad 15 mln spraw i nie ma na świecie takiego wymiaru sprawiedliwości, w którym nie zdarzałyby się błędy czy pomyłki. Tak jest w Niemczech czy USA, które często stawiane są nam za wzór, ale w związku z tym żaden poważny dziennikarz w szanowanym piśmie nie postuluje, by »zdemontować ten patologiczny układ«”.

I tutaj przechodzimy do najważniejszego punktu wypowiedzi sędziego Żurka. Nad którym przepływa szybko krytą żabką, nie rozumiejąc – albo nie chcąc zrozumieć – jego wagi. Sądownictwo w każdym kraju to coś dużo ważniejszego niż, dajmy na to, punktualność kursowania tramwajów. I dlatego oceniamy je w nieco inny sposób niż stopień zdyscyplinowania motorniczych. Jeśli już o systemie ocen mowa, to przyglądając się działaniu różnych instytucji publicznych, stosujemy dwa systemy oceny: skalowalny i zero-jedynkowy. Weźmy przywołaną komunikację miejską: nie mamy złudzeń, nie oczekujemy, że każdy tramwaj będzie pojawiał się na przystanku z punktualnością co do sekundy wypisaną na rozkładzie jazdy. Oczekujemy, że zła lub wręcz fatalna komunikacja będzie się poprawiała, że nie będziemy zmuszeni czekać godzinami na przystanku. Jesteśmy zadowoleni, kiedy działa na tyle sprawnie, że jesteśmy w stanie się przemieścić w przewidywalnym czasie z punktu A do B. I wiemy, że ideał jest nieosiągalny, co więcej, próba jego osiągnięcia jest bezcelowa. Mówimy sobie: „Chłopaki starają się najlepiej, jak potrafią”. Rozumiemy: śliska droga, piaskarki nie wyjechały. Jak nam się bardzo śpieszy, wołamy taksówkę. Jeśli się spóźnimy, co najwyżej grozi nam reprymenda szefa. Albo to, panie sędzio, że dziewczyna zmęczona za długim czekaniem obrazi się i sobie pójdzie.

Zasadniczo inna sytuacja zachodzi tam, gdzie w grę wchodzi życie ludzkie. Takie hamletowskie być albo nie być. Na przykład w komunikacji lotniczej. Tutaj trudno mówić o skali ocen. Samolot wznosi się, leci i ma wylądować. Akceptowalna liczba błędów wynosi zero. Jeśli samolot nie ląduje, mamy do czynienia z katastrofą. I bardzo proszę nie czynić tutaj skojarzeń wyłącznie z katastrofą smoleńską, w każdym razie nie konkretnie ją miałam na myśli, ale każdą katastrofę lotniczą. Czyli sytuację, w której coś działa albo nie. Jeśli nie –jest tragedia. Wsiadając do samolotu, oczekujemy, że wszystko perfekcyjnie zadziała. W przypadku sądownictwa jest identycznie. Oczekiwana i akceptowana przez opinię społeczną liczba błędów, pomyłek i niedopełnienia obowiązków wynosi zero. Bo każda pomyłka skutkuje tragedią. Dlatego argument, że 98 proc. (czy nawet 99,9 proc.) spraw jest rozpatrywanych rzetelnie, a wyroki są uczciwe, nic nie znaczy. Bo każdy punkt procentowy na minusie oznacza, że czyjeś życie legło w gruzach.

Panie sędzio, kiedy spada samolot, żaden z szefów linii lotniczych nie broni prawa swojej firmy do pomyłki. Nie tłumaczy, że wypadki dotyczą jedynie kilku procent udanych przelotów. Kiedy dochodzi do katastrofy, powoływane są komisje, aby wykryć przyczynę i zrobić wszystko, by w przyszłości wyeliminować błąd, który do niej doprowadził. Historia tego, że czujemy się bezpiecznie, wchodząc na pokład nawet tanich linii lotniczych, została napisana krwią pasażerów. Można by oczekiwać, że wymiar sprawiedliwości decydujący o losach – ile to pan sędzia był uprzejmy napisać, 15 mln spraw, a więc także ludzi rocznie? – będzie do swoich pomyłek podchodził równie poważnie, co przemysł lotniczy.

Niestety, wbrew temu, co pan sędzia Żurek pisze, tak się nie dzieje. Historia sądownictwa to krew niewinnych ofiar pomyłek sądowych (niewinnie posadzonych lub ograbionych z majątku w majestacie prawa, bo dzięki Bogu kary śmierci już w Polsce nie ma). Tak, należy poprawiać ten system, jestem w tym względzie pańską ochoczą współpracowniczką. Ale nie w ten sposób, że będziemy obrażać tych, którzy wskazują na jego uchybienia. Każdy pojedynczy błąd powinien być podstawą do refleksji. Sprawa pijanego sędzi – mówi pan, że chętnie dowiedziałby się rzeczywistych przesłanek i powodów takiego, a nie innego poprowadzenia tego postępowania. Jakie są ku temu przeszkody? Pisze pan, że jestem niedouczona, przywołując przykład niezrównoważonego sędziego orzekającego w jednym ze stołecznych sądów, gdyż istnieje art. 70 par. 2 prawa o ustroju sądów powszechnych mówiący, że: „Z żądaniem przeniesienia w stan spoczynku oraz zbadania niezdolności do pełnienia obowiązków przez sędziego i wydania orzeczenia może wystąpić (...) właściwe kolegium sądu”. Może, ale z jakiegoś powodu tego nie uczyniło. Pisze pan, że sędzia mógł się pomylić. Owszem, mógł. Ale co zrobiliście, aby następny nie mógł już popełnić takiej samej pomyłki albo żeby było jasno widać, że to nie pomyłka, ale świadome działanie na szkodę uczciwości procesu?

Teraz będzie trochę teorii. Zakładając, że wobec wyroku sądu – a więc wobec czynności sędziego – mamy co najmniej takie same oczekiwania jak wobec stosowania się pilota samolotu do procedur, proszę odpowiedzieć sobie na pytanie: jaka jest różnica pomiędzy pewnością a zakładem? Bo jeśli przyjąć, idąc pana sędziego tokiem rozumowania, że sąd może być nieuczciwy, to ocena werdyktu nie jest pewna. Inaczej: staje się hazardem, czyli zakładem. Nie mając stu procent pewności, musimy założyć, że szansa na uczciwy werdykt wynosi np. 90 proc. Albo 50. Albo zero. Problem w tym, że zakład w takiej sytuacji dotyczy straty. Nadąża pan za mną, panie rzeczniku? Niezależnie od tego, czy wygraliśmy, czy przegraliśmy, to uznamy, że wynik został ustalony inaczej niż w uczciwym procesie. A jak to w zakładach jest – szanse gracza rosną wraz z budżetem hazardzisty. I zakład można ustawić.