Moja towarzyszka dostrzegła me zmęczenie tym wszystkim i w niedzielny wieczór zaproponowała: obejrzyjmy „MasterChefa Junior a”.

– Odmóżdżysz się, odpoczniesz od tej całej polityki – rzekła.

Nie miała racji.

Proszę sobie bowiem wyobrazić, że w pewnym momencie jeden juror mówi do drugiego: „Może złamiemy regulamin?”. A ten drugi – na dodatek obywatel napływowy, znad Sekwany – odparł, że uwielbia łamać reguły. I tym sposobem na osiem wolnych miejsc w programie mamy dziesięciu uczestników. O dwóch za dużo. I to jedynie na podstawie decyzji jury, które – powiedzmy sobie szczerze – nie cieszy się uznaniem wszystkich obywateli. I, co ważne, w dwóch trzecich składa się z elementu zagranicznego.

Jest jednak pozytyw w tym bezprawiu. Telewizja TVN stanęła na wysokości zadania i ograniczyła dostęp do programu, nadając mu znaczek „dozwolone od lat 12”. Dzięki temu przynajmniej małe dzieci nie będą się uczyły lekceważenia dla obowiązujących w państwie prawa reguł. Nie licząc małych dzieci – uczestników programu. Jest wśród nich wszak 9-latek.

W odcinku nadanym w niedzielę nawet wygrał konkurencję. I gdyby chciał obejrzeć, jak wypadł w telewizji – to nie może. Spełnia kryterium wiekowe do gotowania, ale już nie do oglądania w telewizji tego, jak gotuje.

Ale to niejedyny absurd w stosowaniu przez nadawców ograniczeń wiekowych poszczególnych audycji. Z systemu wyłączone są chociażby programy informacyjne. Czyli relację z dnia zawierającą wulgarne wypowiedzi polskich polityków, zdjęcia rozbitego samolotu czy zagłodzone zwierzęta dziecko oglądać może. Nie może natomiast patrzeć, jak inne dzieci gotują polędwicę Wellington (sic!).

No nic, wyżaliłem się, teraz czekam na kolejny odcinek. Numer będzie, jak żaden z uczestników nie będzie chciał oddać fartucha, bo stwierdzi, że jury straciło moralne prawo do decydowania o tym, kto ma opuścić program.