Reforma kodeksu postępowania karnego z lipca 2015 r. praktycznie nie miała okazji zafunkcjonować w sądach. Może trzeba dać jej jednak szansę? Może, zanim się wycofamy z jej założeń, należałoby sprawdzić, czy rzeczywiście doprowadzi do skrócenia postępowań, jak zakładali autorzy?

Nie ma na co czekać. Nie może być tak, że mamy wydziały karne w wielkomiejskich sądach, w których nie przyjęto jeszcze ani jednego aktu oskarżenia. Nie może być tak, że akty oskarżenia są zwracane prokuratorom, bo brakowało tekturowych teczek albo zabrakło formułkowych tez. Kto rozsądny czekałby, aż ruszą apelacje czy potem procesy odszkodowawcze? Już dziś mamy do czynienia z zapaścią: spadkiem liczby aktów oskarżenia, licznymi zwrotami spraw i wielkimi rozbieżnościami w orzecznictwie sądów, choćby w sprawie sposobu formułowania tez dowodowych. Konsekwencje zmian wprowadzonych w lipcu są bardzo niebezpieczne dla państwa. Dotknięto bardzo wrażliwej materii, na której nie można pochopnie eksperymentować.

Ale przecież przeprowadzono wiele szkoleń dla sędziów i prokuratorów. Nasze państwo stać na wyrzucanie pieniędzy w błoto?

To pytanie o odpowiedzialność ekipy, która rządziła do niedawna. Czy można wprowadzać reformę bez jej przygotowania? Czy można dać się uwieść wizjom obcym naszej kulturze prawnej, nie licząc się z lokalnymi uwarunkowaniami i infrastrukturą. Zobrazuję to tak: grupka ludzi wyczytała w książkach, że w pewnym egzotycznym kraju żyje zwierzę, które daje kakao zamiast mleka. Sprowadzili je do swojego kraju, przepędzając krowy, jako niewydajne i nieefektywne. Wielu ich krytykowało, twierdząc, że mamy inny klimat, inną florę i faunę. Mimo to jeździli od miasta do miasta i objaśniali, czym należy je karmić i jak pielęgnować. Zrobili na tym niezłe pieniądze. Ale zwierzę w naszych warunkach nie potrafiło funkcjonować. Z reformą k.p.k. jest podobnie. Już widzimy jej niepokojące skutki. Poprzedni decydenci przekonani, że nowa procedura karna jest dziełem epokowym, nie przyjmowali żadnych argumentów płynących ze środowiska części naukowców i prokuratorów, że nasze państwo nie jest na takie zmiany przygotowane; że potrzebna jest reforma prokuratury, postępowania przygotowawczego.

Autorzy reformy nie wyciągnęli wniosków z tego, do czego doprowadziła kontradyktoryjność we Włoszech?

Pominięto te doświadczenia. Włochy właśnie wycofują się z podobnej reformy. My – w przeciwieństwie do nich – nie będziemy czekać 25 lat, aby podjąć taką decyzję. W latach 2004–2014 przedawniło się tam 1,5 mln spraw. To jest porażka. Dowód na to, że nie można stawiać w procesie wyżej prawdy formalnej nad materialną, bo to oznacza kastrację państwa i demontaż wymiaru sprawiedliwości. Żadna duża sprawa mafijna nie doczekała się we Włoszech rozstrzygnięcia pod rządami nowego kodeksu. Sukcesy w walce ze zorganizowaną przestępczością odnotowywano tam, kiedy obowiązywała zasada oficjalności, a nie kontradyktoryjności. Nikt odpowiedzialny nie może pozwolić na funkcjonowanie takiego niebezpiecznego eksperymentu w obliczu zagrożeń, z jakimi się obecnie stykamy: choćby terroryzmu, cyberprzestępczości i międzynarodowej przestępczości zorganizowanej.