O ile, na szczęście, nie zbliżamy się specjalnie do państwa wyznaniowego, o tyle sytuacja analogiczna do tej z drugiego dowcipu jest jak najbardziej realna. Według najnowszych wytycznych głównego inspektora transportu drogowego kara za przejazd bez odpowiedniego zezwolenia ciężarówką załadowaną zgodnie ze swoimi parametrami po drodze, na której występują ograniczenia tonażowe, będzie zależała od tego, dokąd ta ciężarówka jedzie. Jeśli przewoźnik wyjeżdża z polskiej fabryki i wiezie towar, powiedzmy, do Szczecina, wówczas kara ma być nałożona. Jeśli natomiast zmierza do Hamburga, wówczas od ukarania należy odstąpić.

Spytają państwo, gdzie tu logika? Otóż nie wiem. Ale to prawda: rezygnacja z karania normatywnie załadowanych pojazdów za przejazd po drogach niższych kategorii odnosi się tylko do przewozów międzynarodowych i kabotażowych. Tak aby ciężarówka załadowana w Lizbonie do masy 11,5 tony na oś mogła przewieźć towar do Biłgoraja bez ryzyka, że na ostatnim odcinku drogi dostanie mandat za przeciążenie. Przewozy krajowe są natomiast poza zainteresowaniem prawodawcy unijnego, który pozostawia poszczególnym krajom dowolność. Dlatego GITD, odstępując od nakładania kar, idzie na rękę przewoźnikom tylko w takim stopniu, w jakim wymaga tego unijne prawo. A że przy okazji wprowadza kompletnie nielogiczną i niesprawiedliwą praktykę, to już wina polskiego ustawodawcy.

Oczywiście ograniczenia tonażowe nie wzięły się znikąd. Chodzi m.in. o to, by ciężkie ciężarówki nie rozjeżdżały słabych dróg. Ale nie domagam się prawa do niszczenia dróg bez konsekwencji. Domagam się tylko normalności. Wystarczy, że firma wykupi zezwolenie na przejazd pojazdem nienormatywnym i ciężarówka może jechać. Przy tym liczba tych zezwoleń nie jest ograniczona. Prawo mówi więc – płać i rozjeżdżaj, ile chcesz. A że w innym miejscu to samo prawo nie pozwala np. z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży zezwoleń zbudować drogi samorządowej w standardzie 11,5-tonowym, bo zgodnie z ustawą ma być to droga 8-tonowa? Nikt nie mówił, że prawo ma sens.