Negatywny ustawodawca. Sąd, który sądzi prawo. Strażnik budżetu. Obrońca wolności. Upolityczniona instytucja, która w autorytarny sposób ingeruje w nasze życie. Pod adresem Trybunału Konstytucyjnego padają różne oskarżenia. Od powstania nieraz robił za kozła ofiarnego. Nie każdego dnia, rzecz jasna, bo zwykle o pracach tego gremium jest cicho – choć co roku wydaje ponad 150 wyroków. Powszechną uwagę zwraca wtedy, kiedy decyduje o kwestiach, które dotyczą nie wąskich grup czy szerzej nieznanych paragrafów, lecz nas i naszego codziennego życia. Jak ostatnio, kiedy decydował o tym, czym jest lekarska klauzula sumienia. Albo w kwestii, czy za obrazę uczuć religijnych można kogoś ukarać grzywną . Takich rozstrzygnięć, które elektryzowały opinię publiczną, było na przestrzeni minionych lat wiele. To choćby sprawa legalności stanu wojennego, uposażeń emerytalnych esbeków, pieniędzy, które zgromadziliśmy w OFE.

Żaden z tych wyroków nie spotkał się z powszechnym aplauzem. Każdy z nich powodował za to, że wzbierała się fala krytyki: że trybunał błądzi, że jest na garnuszku polityków. Minione tygodnie sprawiły, że znów TK znalazł się pod pręgierzem. Z jednej strony zarzuca się mu nadmierną skłonność do stawania na prawej nodze (klauzula sumienia). A z drugiej – działanie pod batutę rządzącej jeszcze partii (OFE). No i jest jeszcze sprawa oceniana przez krytyków jako skok na trybunał. Chodzi o to, że tak zmieniono prawo, aby Sejm jeszcze w starym składzie mógł powołać pięciu nowych sędziów trybunału, choć kadencja dwóch z nich kończyła się dopiero w grudniu. Ci, którym nie podoba się takie załatwienie sprawy, mają nadzieję, że prezydent nie przyjmie ślubowania od tych dwóch sędziów, zwłaszcza że grupa posłów PiS złożyła skargę na nowe prawo do Trybunału Konstytucyjnego. Który oczywiście nie zdąży się zająć tą sprawą jeszcze w tym roku. Z kolei prawnicy, którzy sprzyjają nowym przepisom, uważają, że wszystko zostało przeprowadzone lege artis i, jak przekonuje prof. Marek Chmaj, prezydent nie będzie miał innego wyjścia, jak przyjąć to ślubowanie.

Tak czy inaczej się stanie, można się spodziewać, że o Trybunale Konstytucyjnym znów będzie głośno. Tym razem nie z powodu wyroku, jaki wyda, ale stricte politycznych zawirowań. – Wszyscy teraz gryzą pazury w oczekiwaniu – śmieje się jeden z moich rozmówców.

Ciało polityczne

Oczekiwanie, że Trybunał Konstytucyjny będzie tworem niezależnym od polityki, jest naiwne i nierealistyczne. To tak samo, jakby od człowieka będącego sędzią oczekiwać, że przez samo mianowanie stanie się istotą nieskazitelnego charakteru. Jak zauważa Irena Kamińska, sędzia NSA i prezes Stowarzyszenia Sędziów „Themis”, to są normy, które mają charakter życzeniowy. – Ale prawy, myślący człowiek będzie się starał wyjść poza swoje uwarunkowania, także polityczne – uważa i zapewnia, że często tak właśnie się dzieje. Choć przecież nie sposób odciąć orzekających w TK sędziów od mediów, Facebooka czy Twittera, nie da się wymazać ich poglądów i doświadczeń. To właśnie poprzez nie dokonują oni interpretacji i osądu prawa, które nie jest matematycznym równaniem.

Zwłaszcza że trybunał decyduje o sprawach politycznych – bo większość spraw mających szeroki wymiar, związanych z dobrem wspólnym, jak lustracja czy nawet zgoda na podwójne sankcje (karne i administracyjne) za urządzanie gry bez koncesji na automatach poza kasynem gry, mimo obowiązującej zasady, iż nie można karać człowieka dwa razy za ten sam czyn, ma właśnie taki wymiar. Profesor Lech Morawski, członek Trybunału Stanu, jest przekonany, że jeśli mówić o upolitycznieniu, to TK – jeśli przyjrzeć się orzeczeniom odnoszącym się do lustracji – od 1989 r. bronił postkomunistów przed odpowiedzialnością. – Najważniejszym z orzeczeń był niewątpliwie wyrok z 11 maja 2007 r. Właśnie w efekcie tych orzeczeń w rękach postkomunistycznych elit pozostał aparat gospodarczy, wymiar sprawiedliwości, media i inne ośrodki władzy – uważa. Ale przecież nie brak też opinii, że trybunał, wyrokując w tej kwestii, zachował się zbyt powściągliwie, bo mógł całkiem „utopić” lustrację, a jedynie nieco ją zmiękczył.

Kolejna kwestia to sposób powoływania sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Każdego z piętnastki na dziewięcioletnią kadencję zgłasza grupa co najmniej 50 posłów (w praktyce kluby poselskie) lub Prezydium Sejmu. Wybór sędziego następuje bezwzględną większością głosów przy obecności minimum połowy posłów. Faktycznie oznacza to, że partia, która ma większość, może nominować swoich ludzi. Stąd pośpiech i starania ustępującej ekipy, żeby umieścić w gronie sędziów trybunału możliwie jak największą liczbę swoich. – Funkcja sędziego TK stała się zapłatą za lojalną służbę – podsumowuje prof. Morawski.

I wszystko byłoby w porządku, jak zauważa dr Marcin Warchoł, mecenas, wykładowca uniwersytecki, który z ramienia rzecznika praw obywatelskich występuje przed trybunałem, gdyby nie ta nasza hipokryzja. Udawanie, że miejsca w tym ciele to nie łup polityczny. Tłumaczy, że w USA, gdzie funkcję naszego TK pełni Sąd Najwyższy, obowiązuje zasada, że partia, która ma większość – a więc zwyciężyła w wyborach prezydenckich – bierze wszystko. Bez udawania. Różnica jest taka, że tam sędziowie mianowani są dożywotnio, więc wakaty się tworzą, kiedy któryś z nich umrze lub nie jest w stanie dalej sprawować funkcji. – Dlatego każda nominacja do SN jest w Stanach wielkim wydarzeniem, jak wybory do Kongresu – opowiada. Stąd sędziowie Sądu Najwyższego to postaci wyraziste. Taki Samuel Alito junior, konserwatywny katolik mianowany przez George'a W. Busha, bez ogródek mówi, co myśli. Tak samo jak Sonia Sotomayor, jedna z najbardziej liberalnych sędziów desygnowana przez Baracka Obamę. Jednak w jakiś sposób udaje się jakoś zachować równowagę ideologiczną w wyrokach.

Może jest więc coś takiego, jak Duch Dziejów, który każe orzekać w drażliwych sprawach w sposób będący do przyjęcia dla większości społeczeństwa? Może, jednak mec. Warchoł uchyla się od odpowiedzi na to pytanie. I przekonuje, że gdybyśmy dali sobie spokój z tym udawaniem, nie zdarzałyby się budzące niesmak wydarzenia jak ów ostatni skok na trybunał. Hucpiarski – podkreśla mecenas. – W USA politycznie wybierany Sąd Najwyższy cieszy się szacunkiem społeczeństwa, gdyż obowiązują jasne reguły – mówi.

Czy dałoby się uniknąć związków sędziów z polityką, zmieniając choćby sposób ich mianowania? Sędzia Kamińska wspomina, że był pomysł, aby kandydatury wysuwali nie politycy, tylko niezależni fachowcy, akademicy, prezesi NSA i SA, przedstawiciele Krajowej Rady Sądownictwa. – Wiemy o sobie wszystko, kto jest jakim prawnikiem, ile jest wart. A z politykami jest tak, że wybierają swoich – wzdycha. Jednak dr Warchoł kontruje, że środowisko akademickie jest tak samo upolitycznione jak reszta narodu. – Ja już wolę, aby polityczne ciało wybierali politycy. Gdyby oddać to ludziom z uniwersytetów, doczekalibyśmy się sądów kapturowych. Też wybieraliby swoich: kogo lubią, z kim piją. Teraz przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać; wiedząc, kto zasiada w składzie orzekającym, można przewidzieć, jaki zapadnie wyrok.

Pomysłów na reformę TK było już sporo. Jednym z nich, jak zauważa prof. Lech Morawski, jest przekazanie funkcji trybunału Sądowi Najwyższemu, w którym sprawami konstytucyjnymi zajmowałaby się Izba Konstytucyjna, a jej członkowie byliby powoływani na takich samych zasadach jak inni sędziowie SN. Podobną koncepcję wysuwał zresztą kiedyś prof. Lech Garlicki. Ale to już kolejny, bardzo obszerny temat. Podobnie jak konieczność zatrzymania ciągłego obniżania wymagań wobec kandydatów na sędziów TK. To powinni być najlepsi z najlepszych, osoby nie tylko wykształcone, ale z dużym doświadczeniem. – Jednak taki pomysł chyba nigdy nie przejdzie, gdyż – jak zauważa sędzia Irena Kamińska – w interesie polityków nie zawsze jest to, aby TK tworzyły wielkie indywidualności. Niektórzy by chcieli osób, którymi łatwo powodować.

Podziały w poprzek

Wojciech Hermeliński, jeden z sędziów TK, któremu w tym roku kończy się kadencja (od grudnia 2014 r. jest też przewodniczącym Państwowej Komisji Wyborczej), kiedy dziewięć lat temu dostał od PiS propozycję objęcia fotela sędziego w trybunale, był adwokatem oraz członkiem rady programowej Programu Spraw Precedensowych w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Długo się zastanawiał, czy ją przyjąć. Bał się, że ciekawe, dynamiczne życie zawodowe zamieni na gabinetową nudę, ale prestiż związany z byciem sędzią TK przeważył. I nie żałuje. – To fantastyczne zawodowe doświadczenie, gdzie człowiek pracuje w gronie największych fachowców – przekonuje. Obawiał się, że on, prosty adwokat, z zaledwie literkami „mgr” przed nazwiskiem, nie będzie pasował do tego grona, ale jak zapewnia, nikt nigdy nie dał mu odczuć, że coś jest nie tak. – Przeciwnie, wielokrotnie moi uczeni koledzy podkreślali, że potrzebne są osoby z doświadczeniem praktycznym, nie tylko naukowym, z innym oglądem sali sądowej – powiada.

Zapytany o najważniejszą sprawę w jego sędziowskiej karierze przytacza historię policjanta zarażonego wirusem HIV, który na mocy obowiązujących wówczas przepisów został zwolniony z pracy. – A przecież mógłby pracować dalej, choćby na zapleczu, nie mając kontaktu z ludźmi – jeszcze dziś irytuje się Hermeliński. W 2009 r. TK orzekł, że przepisy zabraniające pracy w policji osobom, u których stwierdzono wirusa, są niezgodne z konstytucją. Mówi, że jako karnista zawsze się cieszył, kiedy przydzielano mu sprawy (bo dzieje się to losowo) związane z procedurami i prawami stron procesowych – takie już ma zawodowe i osobiste skrzywienie. Jeden z sędziów wyraził się nawet o nim, że jest taki „prokliencki”, czyli nastawiony na prawa ludzkie, zamiast na inne, ważniejsze rzeczy. I to, zdaniem sędziego Hermelińskiego, ale także wielu innych prawników, z którymi rozmawiam, stanowi główną linię podziału w gronie TK – co jest ważniejsze: prawa i wolności ludzkie czy dobro budżetu i bezpieczeństwo państwa. I znów: nie zawsze wszystko jest takie, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Dla Hermelińskiego największą porażką w trakcie kadencji, wyrokiem, którego nie rozumie i nie akceptuje, było orzeczenie w sprawie uboju rytualnego. Trybunał uznał, że jest on dozwolony, gdyż wolność wyznania jest ważniejsza niż prawa zwierząt. Jest przekonany, że to tylko płaszczyk, pod którym niezbyt nawet zręcznie ukryto coś, co jeden z posłów wyraził dobitnie podczas rozmowy: naszym rolnikom potrzebne są te miliony euro z eksportu mięsa. – A przecież do akt sądowych załączono opinie fachowców, także weterynarzy, mówiące o tym, jak mordowane w pełnej świadomości zwierzęta cierpią – denerwuje się. To niemoralne, a przecież konstytucja przewiduje możliwość ograniczenia pewnych wolności, jeśli stoją za tym ważne przesłanki. Czy jest ważniejsza niż moralność, zwyczajna przyzwoitość? I czy trybunał wydając taki wyrok, skręcił w prawo? A może w całkiem inną stronę.

Mecenas Warchoł ma inny przykład. To sprawa Alfreda Bondosa ze Świdnika, opozycjonisty, który 13 grudnia 1981 r., aby uniknąć aresztowania, wyskoczył z balkonu na II piętrze i potem miesiącami ukrywał się w kanale ciepłowniczym. Jego żona z małym dzieckiem też musiała się ukrywać. On stracił pracę, źródło utrzymania rodziny. Stracił też składki ZUS-owskie, więc kiedy przyszła wolna Polska, przyznano mu emeryturę w naprawdę głodowej postaci – jakieś 300 zł. Odmówiono mu prawa do rekompensaty, gdyż – jak uznały sądy, a potem TK – wprawdzie był represjonowany, lecz w tym wszystkim zabrakło uwięzienia. Wyrok zapadł pod koniec ubiegłego roku i można się spodziewać, że wynikał raczej z troski o państwową kasę (co by było, gdyby wszystkie osoby, które za komuny miały przechlapane, nagle zaczęły się domagać pieniędzy). Więc znów – wydając takie orzeczenie, czy trybunał podjął polityczną decyzję? Oczywiście.

Jest jeszcze wyrok o klauzuli sumienia lekarzy, który narobił złej krwi. I Doda z jej obrazą uczuć religijnych. To te dwie sprawy dały asumpt do oskarżania trybunału o prawicowe sympatie. Profesor Marek Chmaj, którego trudno określić mianem choćby konserwatysty, uważa, że wyrok w przypadku klauzuli sumienia był słuszny, jednak zbyt hermetyczny, źle wytłumaczony, a więc niezrozumiały dla obywateli. Jednak w przypadku Dody wyrok był mocno kunktatorski, ponieważ TK zamiast zająć się całością zagadnienia – a więc całym art. 196 k.k. mówiącym, że kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch – zajął się tylko jego fragmentem, w którym jest mowa o grzywnie. I uznał jej stosowanie za konstytucyjne. A co z karą więzienia? – Za chwilę problem wróci i znów będzie trzeba się nim zajmować – przepowiada. Podobnie uważa prof. Ewa Łętowska. – Jeżeli penalizacja w zakresie grzywny jest dozwolona – zresztą podzielam ten pogląd – to nadal nic jeszcze nie powiedziano o konstytucyjności pozostałych rodzajów kar: ograniczeniu wolności i pozbawieniu wolności do lat dwóch, jakie przewiduje art. 196 k.k. Tymczasem ludzie rozumują albo a contrario (uznając, że wobec tego pozostałe sankcje z tego przepisu są niekonstytucyjne), albo przez podobieństwo: czyli skoro kara grzywny jest tu konstytucyjna, to pozostałe kary także. Oba wnioski są zaś fałszywe, a winne temu jest upodobanie trybunału do wyroków pytyjskich – mówiła w wywiadzie z Piotrem Szymaniakiem dla naszej gazety kilkanaście dni temu. Jednak, jak zauważa Jerzy Stępień, zaskarżony został właśnie ten ustęp mówiący o grzywnie, więc trudno, żeby TK sam z siebie rozszerzał zakres sprawy, w której wydaje wyrok. Co osoba, to pogląd. W zeszłym roku trybunał rozpatrywał problem ustawy o podatku od kopalin, który tak naprawdę dotyczył tylko jednego przedsiębiorstwa – KGHM. Chodziło o to, żeby, mówiąc kolokwialnie, móc obedrzeć koncern ze skóry i zasypać dziurę budżetową, na przeszkodzie czego stało skrócone ustawą vacatio legis. I TK salomonowym wyrokiem uznał, że wprawdzie 14 dni to za mało, ale w tym konkretnym przypadku wystarczy. Podobnie może być, jak zauważa prof. Bogusław Banaszak, z OFE: ludzie mieli pieniądze i nagle nie mają, bo były potrzebne gdzie indziej. Ale jako, że były wirtualne, to wyrok może iść w stronę, że panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek (fundusze całkiem nie zniknęły), będzie trochę krzyku, ale ludzie się szybko pogodzą.

Przyjrzyjmy się więc kolejnej sprawie, która wzbudziła tak wielkie emocje: klauzuli sumienia. Dla wielu osób, także dla sędzi Ireny Kamińskiej, jest on niepokojący, głównie ze względu na możliwe implikacje. – A co będzie, jeśli teraz sędziowie, powołując się na klauzulę sumienia, zaczną odmawiać orzekania rozwodów? Albo nauczyciele przestaną uczyć teorii ewolucji? – pyta. Wszak zdaniem trybunału wolność sumienia każdego człowieka jest kategorią pierwotną, którą prawo konstytucyjne oraz regulacje międzynarodowe jedynie poręczają. Wolność sumienia – w tym ten jej element, którym jest sprzeciw sumienia – musi być respektowana niezależnie od tego, czy istnieją przepisy ustawowe ją potwierdzające. Ustawodawca nie może więc dowolnie kształtować albo znosić tego „przywileju”. Jeśli zaś tak, to możemy się obawiać totalnego rozregulowania życia publicznego.

Jerzy Stępień (orzekał w TK w latach 1999–2008, przez dwa ostatnie lata pełnił funkcję prezesa trybunału) mityguje. – Nie bójmy się sumienia – zaklina. I tłumaczy, że dla niego jest rzeczą oczywistą, jasno wynikającą z przepisów, że lekarz nie może mieć obowiązku wskazania innego, który dokonałby zabiegu, którego jemu sumienie nie pozwala. To byłoby niczym współsprawstwo. Dużo gorszy niż wierność własnym przekonaniom jest, jego zdaniem, relatywizm. – I to jego bardziej bym się obawiał, gdyż w życiu społecznym system wartości ma wielkie znaczenie – przekonuje. I daje przykład nauczycieli, np. historii, którzy w czasach PRL uczyli dzieci nie tego, co było w programie, ale tego, co dyktowało im sumienie. Czy dziś jesteśmy skłonni oceniać ich postępowanie jako naganne? Jest takie nieco zapomniane wyrażenie: imponderabilia, odnoszące się do fundamentalnych wartości niematerialnych.

Sędziowie mają polityczne poglądy i sympatie, ale źle by było, gdyby swoim orzeczeniem zabronili ludziom używać sumienia. To by było coś jeszcze gorszego niż taka kreatywna interpretacja prawa, która ma na celu chronienie państwowej kasy.

Zdanie odrębne cenniejsze niż złoto

Ową klauzulę sumienia trybunał rozpatrywał w 14-osobowym składzie, przy czym czterech sędziów zdecydowało się zgłosić zdanie odrębne – a więc zademonstrować, że nie zgadzają się z takim wyrokiem. Tych zdań odrębnych przybywa, co zdaniem niektórych jest złą wiadomością, bo świadczy o konfliktach wewnątrz trybunału. We wrześniu tego roku moja koleżanka redakcyjna Ewa Maria Radlińska pisała w DGP: „Sędziowie konstytucyjni to nie finaliści skoku w dal, a jednak w al. Szucha też padają rekordy. Kategoria: zdania odrębne. Wystarczy spojrzeć na sprawy rozstrzygane przez trybunał tylko w tym roku. Lipiec: obligatoryjne wykonanie zawieszonej kary pozbawienia wolności za przestępstwo podobne – 3 zdania odrębne; uchwalenie w trybie pilnym ustawy podwyższającej składki rentowe – 2; zasady ustalania emerytur – 1. Czerwiec: w sprawie waluty euro – 5; zwolnienie od podatku od spadków i darowizn – 2. Maj: podjęcie pracy w wyniku przywrócenia do pracy – 2; dwuinstancyjność postępowania administracyjnego – 1. Kwiecień: likwidacja ośrodków adopcyjno-opiekuńczych – 1. Marzec: reorganizacja Gowina – 4; zwrot majątku Kościołowi oraz gminom żydowskim – 6”. I przepowiadała, że w tym roku padnie rekord w zgłaszaniu zdań odrębnych. Już wiadomo, że tak, zwłaszcza iż niedługo TK ma się zająć tzw. ustawą gierkowską i zdecydować, czy i w jakim zakresie zwracać majątek zabrany prawowitym właścicielom (i znów – możliwa strata dla budżetu państwa będzie przeciwstawiana świętemu prawu własności). Niezależnie więc od wyroku będą nieprzychylne komentarze. Jednak, jak zauważa Wojciech Hermeliński, nie można zakładać, że głosowanie pójdzie zgodnie z podziałem partyjnym, czyli tym, kto jakiego sędziego na stanowisko rekomendował. – Jest w trybunale sędzia, którego nominowała Samoobrona, jednak w jego opiniach i głosowaniu trudno się dopatrzeć poglądów tej partii – opowiada. Albo inny, wysunięty przez lewicę, który zgodnie ze swoimi przekonaniami głosował za utrzymaniem ocen z religii na świadectwie maturalnym.

To nie znaczy, że politycy nie chcą mieć wpływu na to, jakie który sędzia zajmie stanowisko. A próbują. – Miałem taką sytuację, kiedy jeden z posłów, wykorzystując naszą wcześniejszą zażyłość, próbował na mnie wywrzeć presję w pewnej sprawie – przyznaje sędzia Stępień. I dodaje, że widząc jego minę, szybko zrezygnował. Czy wszyscy są równie silnego charakteru? – Nie było do tej pory wielkich skandali, więc trzeba wierzyć, że tak jest – mówi.

Zanim jednak zapadnie wyrok, zanim sędziowie zagłosują, nim napiszą zdania odrębne, na tajnych dla postronnych naradach panuje gorąca atmosfera. Padają argumenty i kontrargumenty. Jednak, jak zapewniają moi rozmówcy, dyskusja jest zawsze na bardzo wysokim merytorycznym poziomie. I w przeciwieństwie do innych miejsc, gdzie toczy się debata o charakterze politycznym czy społecznym, choć są emocje, nie ma śladu chamstwa czy agresji. Argumentacja w zdaniach odrębnych jest także zawsze bardzo wysokich lotów. Choć bywa, co podnosi prof. Bogusław Banaszak, że wyrok zapadał w 15-osobowym składzie, a potem okazało się, że 9 sędziów napisało zdania odrębne. Bo zagłosowali na „tak”, traktując to jako mniejsze zło, ale chcieli zaznaczyć, że nie do końca się z wyrokiem zgadzają. – Ja się nie spotkałem z takim przypadkiem – zasępia się Hermeliński. – Na sprzeciw i dyskusje jest czas na naradach, potem przy głosowaniu. Jeśli któryś z sędziów zagłosowałby na „tak”, a potem się odcinał, wyszedłby na człowieka niepoważnego, delikatnie mówiąc – ocenia. On zawsze, jeśli się nie zgadzał, siadał do pisania zdania odrębnego, bo tego wymaga jego zdaniem uczciwość. Choć jak podnosi prof. Chmaj, nie wszyscy są tego zdania. – To tylko kłopot i dodawanie sobie pracy. Więc jeśli już ktoś do pisania siada, to znaczy, że mu zależy na sprawie. I że jest pracowity – uważa. Tak czy inaczej w zdaniach odrębnych nie ma niczego złego. Świadczą o tym, że ludzie, którzy decydują o fundamentalnych kwestiach, poważnie podchodzą do swojego zadania.

Tęsknota za utopią

Trybunał Konstytucyjny nie jest tworem idealnym. Oprócz zarzucanej mu kwestii upolitycznienia ma wiele innych wad. Zdaniem prof. Chmaja można do nich zaliczyć długi czas oczekiwania na to, zanim zajmie się jakąś sprawą. Zbyt mały przerób w stosunku do potrzeb i oczekiwań. A także to, że jest instytucją dla wybranych, czyli mówiąc prawniczym językiem, nie zajmuje się wnioskami podmiotów, które nie mają legitymacji generalnej. Sprawy zgłaszane przez związki zawodowe, jednostki samorządu terytorialnego często pomija. Inną bolączką, podnoszoną przez prof. Bednarka, jest to, że TK często sam sobie przeczy i jest niekonsekwentny w orzeczeniach. Tak było z bankowym tytułem egzekucyjnym – był dobry, teraz jest zły. Praw nabytych się nie zmienia, ale nie dotyczy to emerytur, nie tylko esbeków. Nie można dwa razy karać za to samo, chyba że dotyczy to ustawy hazardowej. I tak dalej. Można oczywiście twierdzić, że to dobrze, iż sędziowie są kreatywni, dostosowują się do zmieniającego się stanu faktycznego i niedookreślonego Ducha Dziejów. Ale jeśli się przyjrzeć bliżej, okazuje się – mówi prof. Bednarek – że trybunał w zależności od potrzeb wybiera metody i dowolność w interpretacji prawa. Raz stoi na stanowisku, że najważniejsza jest wykładnia językowa, innym razem, że niekoniecznie. A fakt, że zgodnie z konstytucją wszyscy są równi wobec prawa i powinni być jednakowo traktowani, nie oznacza równości, która jest jedynie metaprawem. – Albo weźmy konstytucyjną zasadę demokratycznego państwa prawnego. Ile z niej innych nowych zasad wyciągnięto: ochrony życia, przyzwoitej legislacji, niekarania dwa razy za to samo. Aktywizm sędziów TK nie ma granic – konkluduje prof. Bednarek. A prof. Morawski sekunduje mu, mówiąc, iż między bajki należy włożyć twierdzenie, że trybunał jest tylko ustawodawcą negatywnym i jedynie interpretuje istniejące prawo. Więc może należałoby te jego kompetencje ograniczyć?

Innym poważnym problem jest to, że nawet najsensowniejsze orzeczenia TK bywają bojkotowane przez rządzących, jeśli im nie pasują. Trybunał uchyla jakieś przepisy i daje czas, żeby je uzupełnić. A tu nic, cisza. Udajemy, że sprawy nie ma. – Problem z wykonalnością orzeczeń jest nie tylko w Polsce – zaznacza prof. Morawski. Trybunały nie mają „ani sakiewki, ani miecza” (no purse, no sword), by samodzielnie wykonywać orzeczenia. Jeden z prezydentów USA w konfrontacji ze szczodrością amerykańskiego Sądu Najwyższego stwierdził, że skoro SN podjął taką decyzję, to niech ją sam wciela w życie. Problem jest trudny, bo większość parlamentarna zawsze może zmienić ustawodawstwo tak, by sparaliżować wykonanie kosztownych lub niewygodnych decyzji TK. Niezależnie więc od środków prawnych, które zapewniłyby przymusową egzekucję orzeczeń TK, ten powinien dbać o to, by podejmować decyzje, które cieszą się społecznym poparciem. Tak jest w Stanach, gdzie – jak obliczono – zdecydowana większość orzeczeń SN to te zgodne z żądaniami większości obywateli, a nie skierowane przeciwko nim. I to jest właśnie ów Duch Dziejów, o którym już była mowa. I który także nie jest oderwany od polityki.

Także Jerzy Stępień widzi ograniczenia trybunału, błędy, jakie popełniał na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Szczególne pretensje ma do wciąż zbyt małego zrozumienia tego ciała do potrzeb i problemów samorządu terytorialnego. Jego istoty i znaczenia dla państwa. On, gdyby miał wskazać sprawę, która go szczególnie zbulwersowała, wskazałby to orzeczenie, w którym TK stwierdził, że dopłaty do paliwa rolniczego to jest zadanie własne samorządów. Oczywista bzdura, ale sędzia zdaje sobie sprawę, że z kolei samorząd to jego zawodowy konik. Jest także święcie przekonany, że nawet niedoskonały trybunał jest lepszy niż jego brak. – Gdybyśmy go mieli w dwudziestoleciu międzywojennym, historia naszego kraju mogłaby się potoczyć całkiem inaczej – dowodzi. Nie doszłoby prawdopodobnie do zamachu majowego, który był odpowiedzią na rozbuchaną sejmokrację, którą trzeba było okiełznać. I temu służy głównie to ciało: aby powściągnąć radosną twórczość posłów. Bardziej współczesny przykład to ten, kiedy TK rozstrzygał, czy prezes NBP powinien stanąć przed sejmową komisją śledczą. Werdykt brzmiał: nie. Bo jak zaznaczył sędzia sprawozdawca, Sejm może wiele, ale nie może wszystkiego. I tego należy się trzymać. Że choć każdy z sędziów trybunału jest skądś, ma swoje poglądy i interesy, to posiada także zdrowy rozsądek oraz sumienie. Kiedy wszystko zawiedzie, można polegać na zbiorowej mądrości i doświadczeniu zgromadzonych tam osób. Dla których liczą się – jak brzmiało to trudne słowo? – imponderabilia.