Po co pracować nad czymś, co i tak nie może zostać uchwalone? Skoro i tak w tej kadencji parlament nie zajmie się projektem, to może lepiej wstrzymać się z pracami w rządzie, z przesyłaniem kolejnych dokumentów między resortami? Co komu przyjdzie z tego, że – jak wynika z pisma z 26 sierpnia 2015 r. – Urząd Zamówień Publicznych uwzględnił jakąś tam poprawkę ABW?

Odpowiedź jest prosta: nawet jeśli ten rząd nie zdąży przyjąć projektu, to będzie on już gotowy do przedstawienia nowemu, wyłonionemu po wyborach. A to nadzwyczaj istotne, gdyż do kwietnia 2016 r. musimy wdrożyć nową dyrektywę unijną. Jeśli to się nie uda, grozi nam wstrzymanie środków unijnych.

W przeciwieństwie do wielu uważam, że zagrożenie to jest realne i nie powinniśmy dawać Komisji Europejskiej pretekstu do zablokowania funduszy. Tym bardziej że to prawdopodobnie ostatnia tak duża ich transza przeznaczona dla Polski. Czy to tłumaczy sens prac nad tym projektem? Jak wynika z sondaży, małe są szanse na to, by koalicja rządząca utrzymała się przy władzy. Opozycja zapowiada zaś głośno, że nie przyjmie projektu. Niestety jednocześnie zachowuje się nieodpowiedzialnie: chociaż w czerwcu na konferencji w Sejmie zapowiedziała prace nad własnym projektem, to na zapowiedziach się skończyło.

Niezależnie od wyniku wyborów nowy Sejm na wdrożenie dyrektyw będzie miał kilka miesięcy. A to stanowczo za mało jak na tak szeroką materię. Dlatego może warto, by i rząd, i opozycja pomyśleli o opcji rezerwowej – przygotowaniu stosunkowo małego, technicznego projektu skupiającego się wyłącznie na implementowaniu tych przepisów, które wdrożyć musimy. Bo jeśli spełni się czarny scenariusz i rzeczywiście stracimy fundusze europejskie, to winę za to będą ponosić i jedni, i drudzy.