Ustawodawcy przyświecały szczytne cele. Chodziło o to, aby przy dopuszczeniu w procesie dowodów prywatnych wykluczyć możliwość np. instalowania na zlecenie obrony podsłuchów. Przepis miał też stanowić sygnał dla służb, by dowodów nie uzyskiwały z przekroczeniem praw.

Ewa Grączewska-Ivanova

Ewa Grączewska-Ivanova

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Ale do kosza trafią też kluczowe dowody, tylko dlatego że pozyskano je, aby przekonać prokuratora, i zdobyto w efekcie np. nielegalnego podsłuchu (art. 267 par. 3 k.k.) czy włamania (art. 279 par. 1 k.k.). Jak zatem kontrahent przekona organy ścigania, że urzędnik przy przetargu chce na nim wymusić łapówkę?

Do kosza mogą trafić materiały uzyskiwane w drodze zakupu kontrolowanego czy wręczenia korzyści majątkowej, a więc dowodów pozyskiwanych przez służby przy najpoważniejszych przestępstwach. Działania te stanowią czyn zabroniony przez kodeks karny, a materiały zdobywa się do celów postępowania karnego. Art. 168a k.p.k. (przez niedopatrzenie?) nie uwzględnia kontratypu, który wyłącza ich bezprawność na podstawie ustawy o policji. Może to świadczyć, że ustawodawca podjął decyzję bez głębszej refleksji. Mimo że i bez niego sądy radziły sobie z eliminowaniem materiałów zgromadzonych przez służby sprzecznie z wymogami (choćby przy uniewinnieniu posłanki Sawickiej). Nawet jeśli chodziło o zapisanie wprost tego, co w orzecznictwie już funkcjonowało, to dlaczego od 1 lipca jednych ludzi chronimy przed nadużyciami służb, a innych nie? Ustawodawcy wypada przypomnieć biblijne słowa: „Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po ich owocach”.