To się właściwie nie zdarza. Rząd zaproponował nowelizację k.s.h., a wielu profesorów, którzy zjedli na nim zęby, poddając go nie tylko naukowej analizie, ale i stosując w praktyce swoich kancelarii, sprzeciwia się zmianom. Mają własne pomysły i też ubrali je w projekt ustawy. Kością niezgody jest m.in. spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z udziałami beznominałowymi i kapitałem udziałowym (który mógłby być swobodnie obniżany bez zachowania wymogów właściwych dziś przy redukcji kapitału zakładowego), a w pewnej mierze także kwestia minimalnego kapitału zakładowego w innych spółkach z o.o. (miałby wynosić 1 zł). W sporze padają zarówno argumenty, że kapitał zakładowy jest przeżytkiem i nie stanowi zabezpieczenia dla wierzycieli, jak i – z drugiej strony – że ilustruje wpływ wspólników na spółkę oraz jest w pewnej mierze gwarancją jej wypłacalności.

Zostawmy jednak na boku konkretne propozycje i kontrpropozycje (oraz skutki jednych i drugich), wokół których jeszcze długo toczyć się będzie dyskusja. Najciekawszy wydaje się spór o funkcję, znaczenie i kształt kapitału w spółkach, nie tylko z o.o.

W prostym wariancie udziałowiec lub akcjonariusz obejmuje udziały/akcje, płacąc gotówką lub wnosząc należycie wyceniony aport. Inaczej mówiąc – zmiana kapitału odzwierciedla wartość, która się pojawia w  spółce. To dlatego nie można sprzedawać akcji bądź udziałów poniżej ich wartości nominalnej. Tyle teoria. Rzeczywistość?

Przykład: spółka A wyemitowała akcje dla spółki B, ta zaś – dla spółki C, w końcu C – dla A. Koło się zamknęło. Wartość wszystkich emisji była jednakowa. Firma A zapłaciła kilkanaście milionów złotych C, ta – spółce B, zaś B w końcu zwróciła je tam, skąd wyruszyły w drogę – do A. Znowu zatoczono koło, tyle że w drugą stronę. W przedsiębiorstwach nie przybyło ani złotówki. Ale ich bilanse się zwiększyły: wzrosły aktywa (o cudze akcje) i kapitały własne (o własne akcje). Wszystko zajęło jeden dzień...

Dwie inne firmy zrobiły to samo. Tyle że nie było nawet obiegu pieniędzy, lecz od razu potrącenie wierzytelności. Chodziło nawet nie o pompowanie bilansów, ale o pokazanie, jak wysoka jest wycena ich udziałów (i jak dużo ktoś jest skłonny za nie zapłacić) – na potrzeby sprzedaży nowych (tym razem za gotówkę) niczego nieświadomym inwestorom...

Innym razem dwie spółki rozważały całkiem poważnie emisje dla siebie nawzajem o wartości 2 mld zł każda. Możliwe? Owszem. Przecież nie musiałyby mieć i wpłacać nawet złotówki (wystarczyłoby potrącenie należności). Chciały spełnić wymogi kredytowe mówiące o odpowiednio wysokich kapitałach własnych...

I jeszcze jeden przykład: znana spółka przejmowała pewne przedsiębiorstwo (wycenione na ok. 150 mln zł). Płaciła własnymi akcjami (przez potrącenie, żeby uniknąć wyceny aportu). Pech chciał, że były bardzo tanie; ich cena rynkowa była niższa niż wartość nominalna. Innymi słowy, akcje o wartości rynkowej 150 mln zł miały wartość nominalną w sumie ponad 300 mln zł. I to ta kwota musiała być zaksięgowana w bilansie spółki. Znalazł się na to sposób. Uznano, że przejmowana firma jest de facto dwa razy więcej warta niż wynika z rynkowych parametrów transakcji. Co za problem – wystarczyło zaksięgować odpowiednio wysoki goodwill w aktywach i tym samym dopasować je do pasywów zdeterminowanych przez wartość nominalną emisji. Gdyby cena rynkowa akcji w przeddzień transakcji jeszcze spadła, po prostu goodwill ponownie by podwyższono...

Te przykłady pokazują, co można wyprawiać z kapitałami już dziś. Żadne z proponowanych zmian w k.s.h. nie eliminują tych, na szczęście nie tak znowu częstych, praktyk. Wręcz przeciwnie, raczej pozwalają na wykreowanie nowych. Już nie mogę się doczekać...