Orzeczenie to może mieć kolosalne znaczenie dla wielu profesjonalnych pełnomocników. Duża część z nich bowiem stosuje success fee: na początku sprawy prawnik pobiera niezbyt wysoką, często wręcz symboliczną opłatę i umawia się z klientem, że po jej zakończeniu otrzyma dodatkowo procent od wygranej. A, jak przyznaje prof. Marek Chmaj, radca prawny z kancelarii Chmaj i Wspólnicy, większość kancelarii, które stosują success fee, zawiera w umowach zlecenia zastrzeżenie, że wynagrodzenie procentowe klient będzie musiał uiścić także wówczas, gdy przed zakończeniem sprawy umowę wypowie.

Warszawski sąd apelacyjny uznał, że kancelarie naruszają w ten sposób prawa konsumentów. I że wynagrodzenie się nie należy.

Nierówność stron

Orzeczenie zapadło na kanwie sporu pomiędzy radcą prawnym a jego klientem. Mimo że ten ostatni wypowiedział umowę, mecenas domagał się ponad 86 tys. zł wynagrodzenia za prowadzenie sprawy. Jego klient twierdził jednak, że zapis będący postawą takiego żądania jest niedozwolonym postanowieniem umownym i tym samym go nie wiąże.

Sąd I instancji przyznał mu rację. Uznał, że taki zapis w umowie jest sprzeczny z dobrymi obyczajami i rażąco narusza interesy klienta. Na jego podstawie byłby on bowiem zobowiązany do zapłaty nawet w przypadku niewykonania przez powoda – radcę prawnego żadnych czynności.

„Tym samym postanowienie to rażąco narusza interesy pozwanego, który nie uzyskując nawet w najmniejszym stopniu ekwiwalentu, zobowiązany byłby do swojego świadczenia w całości” – pisze sąd.

Inaczej na tę kwestię patrzą sami zainteresowani.

– Zawierając takie zapisy w umowach, prawnicy zabezpieczają się przed sytuacją, kiedy to klienci, nie chcąc płacić za obsługę prawną, tuż przed zakończeniem sprawy wypowiadają umowę – wyjaśnia Marek Chmaj.

Chodzi o to, aby prawnik nie został z niczym po kilkunastu latach prowadzenia skomplikowanej sprawy.

– Opłata wstępna bowiem często nie wystarcza nawet na pokrycie wydatków, jakie pełnomocnik musi ponieść w związku z prowadzeniem sprawy przez dłuższy czas – mówi mec. Chmaj.

Jeszcze dosadniej komentuje orzeczenie dr Andrzej Jakubiec, adwokat z kancelarii Janeta Jakubiec Węgierski, wykładowca na Uniwersytecie Łódzkim.

– Wyrok ten jest niestety kolejnym przejawem zbyt daleko idącej ochrony konsumenta, która zaburza równowagę na niekorzyść przedsiębiorcy. Wydawać się może, że sędziom zabrakło wyobraźni, bo gdyby choć przez rok prowadzili kancelarię, prawdopodobnie zrozumieliby sens starego powiedzenia, które – w nieco wygładzonej wersji – można ująć jako: adwokat zrobił swoje, adwokat może odejść – stwierdza mecenas.

Radca czy przedsiębiorca

Sąd, zanim przeszedł do oceny postanowień umownych pod kątem ich zgodności z prawami konsumentów, musiał rozstrzygnąć kilka kwestii. O abuzywności możemy bowiem mówić jedynie wtedy, gdy umowa zawarta została pomiędzy przedsiębiorcą a konsumentem. Sąd musiał więc odpowiedzieć na pytanie, czy radca prawny jest przedsiębiorcą. I doszedł do wniosku, że w sytuacji, gdy zawiera z klientem umowę-zlecenie dotyczącą reprezentowania go przed sądami lub organami administracji, występuje w roli przedsiębiorcy. Takie czynności wykonuje zawodowo.

– To kuriozalne stwierdzenie, które świadczy o całkowitym niezrozumieniu roli radcy prawnego. To nie jest zwykły przedsiębiorca, który świadczy jakiekolwiek usługi. To zawód zaufania publicznego – komentuje Marek Chmaj.

Jego zdaniem już chociażby z tego powodu należałoby uznać, że umowy zawierane pomiędzy profesjonalnymi pełnomocnikami a ich klientami nie mogą być badane pod kątem abuzywności.

Inne spojrzenie na tę kwestię ma Zbigniew Krüger, adwokat z kancelarii Krüger & Partnerzy. Jego zdaniem nie podlega dyskusji, że radca prawny jest przedsiębiorcą.

– Tak uznał m.in. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w wyroku z 15 stycznia 2015 r. w sprawie Birute Šiba przeciwko Arunasowi Devenasowi (sygn. C 537/13) – wskazuje mecenas.

Indywidualne negocjacje

Kolejną kwestią, jaką musiał rozważyć sąd, było to, czy sporny zapis umowny był z klientem uzgadniany indywidualnie. Tylko negatywna odpowiedź na to pytanie pozwalałaby sądowi badać postanowienia pod kątem ich zgodności z prawami konsumentów.

„Postanowieniami indywidualnie uzgodnionymi będą takie, które byłyby w sposób rzeczywisty negocjowane lub włączone do umowy wskutek propozycji zgłoszonej przez samego konsumenta” – tłumaczył sąd. Doszedł jednak do wniosku, że w tym sporze taka sytuacja nie zachodzi. Jego zdaniem radca prawny przedstawił klientowi do podpisu gotowy wzorzec umowy. Sąd doszedł do takiego wniosku na podstawie zeznań złożonych przez samego powoda. Twierdził on, że podczas podpisywania umowy informował klienta o zapisie dotyczącym konieczności wypłaty wynagrodzenia również w przypadku wypowiedzenia. Zaznaczył też, że zawsze formułuje takie zapisy w umowach o success fee.

„Samo poinformowanie czy wyjaśnienie treści konkretnych postanowień umowy nie jest tożsame z rzeczywistym wpływem na treść umowy przez konsumenta” – napisał jednak w uzasadnieniu sąd okręgowy.

– Bardzo byłbym wdzięczny, gdyby któryś zwolennik nurtu obrony konsumentów nagrał film instruktażowy z takimi negocjacjami, a potem wytłumaczył nam (praktykującym adwokatom i radcom prawnym), dlaczego połowę dnia mają poświęcać na przepisywanie gotowych umów zamiast na zajęcie się pracą – komentuje dr Jakubiec.

Z ustaleniami sądu polemizuje również mec. Krüger. Jego zdaniem o żadnym wzorcu nie może być mowy.

– Świadczy o tym już chociażby zindywidualizowany stosunek pełnomocnictwa oparty na zaufaniu, jaki wiąże pełnomocnika z klientem. Adwokat czy radca prawny w sposób indywidualny negocjują z klientem. Nie można porównywać usług prawnika z usługami, w przypadku których mamy narzucone wzorce umowne – przekonuje Zbigniew Krüger.

Mimo to sąd uznał, że zapis zobowiązujący klienta radcy prawnego do zapłaty wynagrodzenia nawet po wypowiedzeniu umowy jest klauzulą abuzywną, a tym samym nie jest wiążący dla stron kontraktu. Innymi słowy – wynagrodzenie się nie należy.

Obawy prawników

Od tego orzeczenia apelację wniósł radca prawny. Jego argumenty nie przekonały jednak sądu II instancji. Nie odnosił się on co prawda bezpośrednio do kwestii abuzywności (nie to ustalenie sądu okręgowego podważał apelujący), ale też nie zakwestionował ustaleń poczynionych w I instancji.

Prawnicy obawiają się, że jeżeli taka linia orzecznicza się utrzyma, może ich czekać fala pozwów o zwrot wynagrodzeń pobranych na podstawie tego typu zapisów.

– Jeżeli jakieś postanowienie umowne jest klauzulą abuzywną, to oznacza, że od samego początku nie wiąże stron umowy – ostrzega mec. Chmaj.

Zgodnie z art. 410 par. 2 kodeksu cywilnego ze świadczeniem nienależnym mamy do czynienia m.in. wówczas, gdy ten, kto je spełnił, nie był w ogóle zobowiązany lub nie był zobowiązany względem osoby, której świadczył.

– Mam jednak nadzieję, że sądy nie pójdą tą drogą – kwituje mec. Chmaj.

ORZECZNICTWO

Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 15 stycznia 2015 r., sygn. akt I ACa 1096/14.