Autorka artykułu wylicza, jakie to kroki podjęto w resorcie, aby przywracanie sądów było „szybkie i sprawne” i przeprowadzone „w taki sposób, aby nie zakłócać pracy bieżącej sądów i nie doprowadzić do przewlekłości postępowań”. W pierwszej kolejności słowa pochwalne skierowane są – a jakże! – w stronę ministerialnych urzędników: „W dążeniu do zoptymalizowania przedmiotowego procesu, w Ministerstwie Sprawiedliwości został wypracowany szczegółowy harmonogram podejmowanych czynności zmierzających do przywrócenia sądów”. I dalej: „Podjętych również zostało szereg działań w sferze administracyjno–kadrowo–finansowej, w tym na nowo określone zostały limity etatów orzeczniczych w poszczególnych jednostkach”. Doceniony został również osobisty trud pana ministra Grabarczyka, który „wydał 304 decyzje o przeniesieniu sędziów”. A dopiero na końcu, niejako przy okazji, wspomniano, że „szereg działań związanych z przywracaniem sądów przypada również prezesom i dyrektorom właściwych sądów”. No po prostu pełen sukces!

Chyba nikogo nie zaskoczy, że kwartalnik wydawany jest przez resort sprawiedliwości, a jego autorka jest zastępcą dyrektora departamentu sądów, organizacji i analiz wymiaru sprawiedliwości?

Cała ta hucpa związana ze znoszeniem i przywracaniem sądów rejonowych przywodzi mi na myśl dialog z filmu „Poszukiwany, poszukiwana”. „O! Co to są te?” – pyta „z zawodu” dyrektor. „Spółdzielcze punktowce” – odpowiada jeden z urbanistów. „Aha” – mruczy dyrektor i ustawia je na chybił trafił na makiecie. „Panie dyrektorze! Tu jest jezioro!” – oburza się urbanista. „A, to to nie, nie... A nie, dobrze! Jezioro damy tutaj, a ten niech sobie stoi w zieleni” – nie traci rezonu dyrektor. I dobrze! Bo – jak się później okaże – za tego typu „poprawki urbanistyczne” należy się honorarium.

Jak wiele więc musiało się zmienić, aby wszystko zostało po staremu. I nie mówię tutaj tylko o strukturze sądów!