Czy koniecznie trzeba już zastąpić dotychczasowy kodeks postępowania cywilnego nową ustawą?

W moim przekonaniu tak. Decyzja o potrzebie przygotowania projektu nowej ustawy już zapadła, a prace nad nią od 2012 r. toczą się w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego przy ministrze sprawiedliwości. Komisja podjęła te prace, ponieważ obecny k.p.c. osiągnął już granice swojego rozwoju ze względu na całkowicie odmienne warunki społeczne i gospodarcze, w jakich powstawał, bardzo dużą liczbę nowelizacji i naturalny proces starzenia się, który dotyka każdą ustawę. Podzielam to stanowisko. Jest ono zgodne z przeważającą opinią środowiska polskich procesualistów cywilnych.

Prawnicy twierdzą, że jednym z najtrudniejszych do uregulowania tematów w nowej procedurze jest sprawa apelacji.

Rzeczywiście, problematyka środków zaskarżenia należy do najtrudniejszych materii z punktu widzenia legislatora. Nie chodzi tu jednak o kwestie techniczne czy redakcyjne, ale o sposób rozwiązania występującego w tej dziedzinie konfliktu wartości. Środki zaskarżenia są istotną gwarancją prawidłowego rozstrzygnięcia sądowego, a tym samym służą urzeczywistnieniu celu postępowania cywilnego. Stanowią one trwały dorobek kultury prawnej i nie można sobie dziś wyobrazić sprawnego systemu postępowania cywilnego, w którym nie istniałaby możliwość kontroli wydanego orzeczenia przez sąd wyższej instancji. Z drugiej strony elementem prawa do rzetelnego procesu sądowego jest uzyskanie rozstrzygnięcia w rozsądnym czasie.

Kontrola instancyjna sprzyja realizacji tego uprawnienia?

Nie, bo odwleka moment, w którym orzeczenie stanie się ostateczne. Zawsze w jakimś sensie stanowi także powtórzenie dotychczasowego postępowania i znacznie zwiększa jego koszty. W Polsce problem ten potęguje się, ponieważ nie tylko prawo do rozpoznania sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki, ale także zaskarżalność orzeczeń sądu pierwszej instancji gwarantowane są na poziomie konstytucyjnym. Sytuacja taka jest rzadka na tle innych państw europejskich, których systemy prawne zazwyczaj nie zapewniają prawa do środka zaskarżenia na poziomie konstytucji. W większym stopniu akcentuje się w nich za to wzgląd na ekonomię procesową i pod tym kątem ocenia się celowość postępowań odwoławczych.

Na czym to polega?

Wprowadzając możliwość zaskarżenia orzeczenia i regulując postępowanie odwoławcze, trzeba umiejętnie wyważyć między potrzebą kontroli instancyjnej a koniecznością zapewnienia rozsądnego terminu rozstrzygnięcia i kosztami, które się ponosi w związku z postępowaniem odwoławczym. Mówiąc krótko, postępowania odwoławcze nie powinny być tworzone według jakiegoś aksjomatycznego założenia, że kontrola instancyjna jest zawsze niezbędna, ale powinny być kształtowane w taki sposób, aby ich pozytywny efekt z punktu widzenia jakości ochrony prawnej przeważał nad mankamentami. Nie jest to proste i wymaga często zniuansowanych rozwiązań.

Czy to znaczy, że w przyszłej kodyfikacji znajdą się wyjątki od zasady, że apelacja przysługuje od każdego orzeczenia merytorycznego sądu pierwszej instancji?

Komisja Kodyfikacyjna Prawa Cywilnego nie podjęła jeszcze kompleksowych prac nad problematyką środków zaskarżenia w nowym kodeksie, więc na takie pytania jest za wcześnie. W ustawodawstwie państw unijnych takie wyjątki są jednak bardzo częste. Dotyczą zazwyczaj spraw drobnych o niewielkiej wartości przedmiotu zaskarżenia. Postępowanie jednoinstancyjne przyjęto w nowym kodeksie szwajcarskim, w którym obejmuje ono sprawy o wartości zaskarżenia do 10 tys. franków, we Francji granica ta wynosi 4 tys. euro, a np. w Czechach 10 tys. koron. Ograniczenia takie odpowiadają również zaleceniom Komitetu Ministrów Rady Europy dotyczącym zaskarżania orzeczeń w postępowaniu cywilnym.

Natomiast w Polsce każda ingerencja ograniczająca prawo zaskarżenia merytorycznego orzeczenia wywołuje obawę o niekonstytucyjność takiego rozwiązania. Dlatego, choć nie wykluczam podobnych wyjątków, uważam, że należy skupić się na wprowadzeniu mechanizmów zniechęcających strony do pochopnego podważania orzeczeń sądów pierwszej instancji lub podejmowania takich działań wyłącznie w celu odwleczenia egzekucji. Racjonalnie zorientowany system prawny musi zakładać, że ciężar rozpoznania sprawy spoczywa na sądzie pierwszej instancji, a przejście sprawy do drugiej instancji nie powinno przeradzać się w regułę. Rozważać można na przykład wprowadzenie zasady natychmiastowej wykonalności orzeczenia sądu pierwszej instancji, rozszerzenie przymusu adwokacko-radcowskiego czy wyższe opłaty w postępowaniu odwoławczym.

Czy nie będzie to sprzeczne z prawami stron?

W polskim postępowaniu cywilnym funkcjonuje już przecież rygor natychmiastowej wykonalności. Stanowi on wprawdzie wyjątek od przeciwnej reguły, ale można rozważyć odwrócenie tej zasady w ten sposób, aby natychmiastowa wykonalność mogła być uchylona na uzasadniony wniosek skarżącego. Sąd weryfikowałby uzasadnienie wniosku, aby uniknąć sytuacji, w której strona składa nieuzasadnioną apelację chcąc wstrzymać egzekucję orzeczenia, co obecnie często się zdarza. Oprócz tego można rozważyć stosowanie sankcji finansowych w związku z nadużyciem prawa do apelacji przez stronę, która składa ją w sposób oczywiście nieuzasadniony. Rozwiązania takie stosowane są powszechnie w państwach romańskich. Przy odpowiedniej regulacji nie godziłoby to w konstytucyjne uprawnienia stron, ponieważ gwarancje konstytucyjne nie są po to, by dawać immunitet osobie nadużywającej praw procesowych.

A inne możliwe rozwiązania?

Na przykład wprowadzenie przymusu adwokacko-radcowskiego przed sądem drugiej instancji. Oznaczałoby to, że apelację musiałby złożyć profesjonalny pełnomocnik. Sytuacja taka ma miejsce w wielu państwach unijnych.

W 2011 r. Komisja Kodyfikacyjna przygotowała projekt noweli k.p.c. i zaproponowała rozszerzenie przymusu adwokackiego na postępowania toczące się przed sądami okręgowymi i apelacyjnymi, ale nie został on zaakceptowany przez resort sprawiedliwości. Sądzę, że w przyszłości trzeba będzie wrócić do tej koncepcji, być może w nieco zmienionym kształcie. Jej realizacja w postępowaniu odwoławczym przy odpowiedniej postawie pełnomocników prowadziłaby do ograniczenia liczby pochopnie składanych środków zaskarżenia. Strony często zbyt optymistycznie szacują swoje szanse na wygraną w postępowaniu apelacyjnym, co wynika z braku dostatecznego rozeznania stanu prawnego. Według przybliżonych obliczeń niewiele ponad 25 proc. składanych apelacji powoduje uchylenie albo zmianę wyroku. Statystyczne ryzyko przegranej w instancji apelacyjnej jest więc bardzo wysokie.

Istotne jest oczywiście, aby przymus adwokacko-radcowski nie wykluczał możliwości skorzystania z konstytucyjnych uprawnień do wniesienia apelacji przez osoby mniej zamożne. Ten problem powinien jednak zostać rozwiązany przez kompleksową reformę dostępu do pomocy prawnej opłacanej przez państwo.

Czy zatem w przyszłym k.p.c. apelacja pozostanie środkiem powszechnym?

Dostępność apelacji w przyszłej kodyfikacji na pewno będzie zasadą, bo to odpowiada uregulowaniom konstytucji. Abstrahując od standardów konstytucyjnych, trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że likwidacja kontroli instancyjnej nawet w niewielkiej grupie spraw pozbawia orzecznictwo sądów pierwszej instancji stymulacyjnego wpływu instancji kontrolnej. Z perspektywy czasu może to przynieść niepożądane efekty.

Czy zmieni się model apelacji, który obecnie zakłada ponowne rozpoznanie sprawy w drugiej instancji?

Obowiązujący w k.p.c. model apelacji pełnej określany jest jako druga pierwsza instancja, bo sąd drugiej instancji przynajmniej w teorii ponownie rozstrzyga sprawę i jednocześnie pośrednio kontroluje to, co zrobił sąd pierwszej instancji. Zakłada on konieczność ponownej oceny dowodów i ponowne dokonanie ustaleń faktycznych. Taki model został przyjęty w ślad za regulacjami z okresu międzywojennego. Obecnie traci on jednak w Europie mocno na popularności, ponieważ nie sprzyja ekonomii procesowej i sprawności postępowania, a zarazem nie daje większej pewności prawidłowego orzeczenia aniżeli konkurencyjny model apelacji ograniczonej. Nie został przyjęty w żadnym z państw europejskich, w których w ostatniej dekadzie uchwalono nowy kodeks postępowania cywilnego. Co więcej, niektóre państwa, mimo długiej tradycji, wycofały się z niego. Przykładem są tu Niemcy. Mam jednocześnie wątpliwości, czy w praktyce sądów polskich model ten – tak jak ujmowany jest w nauce – jest rzeczywiście w pełni realizowany.

W przyszłym k.p.c. należałoby, jak sądzę, dążyć do większego zróżnicowania funkcji sądów pierwszej i drugiej instancji. W pierwszej instancji sąd powinien w sposób wyczerpujący zgromadzić istotny materiał faktyczny i dowodowy, trzeba mu także zapewnić instrumenty, które to umożliwią. Ostatnie zmiany k.p.c. zmierzają w tym zakresie we właściwym kierunku, choć można rozważyć wprowadzenie dalej jeszcze idących rozwiązań skłaniających strony do szybkiego ujawnienia znanego im materiału, występujących na przykład w systemach anglosaskich.

Na czym powinna więc polegać aktywność sądu drugiej instancji?

Nie powinna być już ukierunkowana na gromadzenie faktów i dowodów, lecz na kontrolę wydanego orzeczenia na bazie materiału zgromadzonego w pierwszej instancji. Podstawowym atutem drugiej instancji, nie negując większego doświadczenia orzekających sędziów, jest to, że sąd orzeka w sprawie, w której materiał procesowy został zebrany i przeanalizowany i na tej podstawie wydano rozstrzygnięcie. Zamiast rozpoznawać sprawę od nowa, należy to wykorzystać. Apelacja nie powinna zmierzać do zastąpienia jednej oceny dowodów inną, bo nie ma żadnej gwarancji, że ta druga będzie lepsza. Utrzymać należy natomiast zasadę, zgodnie z którą sąd drugiej instancji, jeżeli uwzględnia apelację, powinien zmienić błędny wyrok. Uchylenie wyroku i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania powinno pozostać wyjątkiem. Jest jeszcze ważna kwestia nowości, czyli faktów i dowodów zgłaszanych po raz pierwszy przed sądem drugiej instancji. Jeżeli druga instancja ma być w większym stopniu nastawiona na kontrolę orzeczenia, nowości powinny być dopuszczalne tylko w sytuacjach wyjątkowych, inaczej niż dziś, gdy stanowi to zasadę. Apelacja ma bowiem służyć naprawianiu błędów sądu, a nie uchybień stron, które np. z powodu niedopatrzenia nie powołują istotnych dowodów w pierwszej instancji.

Warto też powrócić do apelacji wzajemnej, która obowiązywała w okresie międzywojnia, a teraz funkcjonuje z powodzeniem za granicą. Jest to środek zaskarżenia wnoszony w odpowiedzi na apelację strony przeciwnej, gdy sąd oddalił powództwo albo uwzględnił je w części, a obie strony nie są w pełni zadowolone z rozstrzygnięcia. Można w ten sposób uniknąć skarżenia wyroku jedynie na wszelki wypadek, po to, aby w razie wniesienia apelacji przez drugą stronę nie zajmować wyłącznie pozycji strony biernej, która może walczyć tylko o utrzymanie tego, co uzyskała w pierwszej instancji, a nie o polepszenie własnej sytuacji.