Zgodnie z art. 6 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności każdy ma prawo do sprawiedliwego i publicznego rozpatrzenia jego sprawy w rozsądnym terminie przez niezawisły i bezstronny sąd ustanowiony ustawą. Także polska konstytucja, m.in. gwarantując sądom niezawisłość, szanuje klasyczny trójpodział władzy. Tymczasem do Biura Analiz Sejmowych wpłynął projekt nowelizacji ustawy o ustroju sądów powszechnych, którego twórca zdaje się nie znać tych zasad.

Ten dziwny projekt można nazwać legislacyjną sierotą, bo konia z rzędem temu, kto ustali jego ojca czy matkę. Oficjalnie to projekt największego ugrupowania koalicji rządzącej. Jednak, jak wskazują prominentni politycy, projekt „poprawiany” był w Ministerstwie Sprawiedliwości. Co miałyby znaczyć te słowa? Kto tworzył, a kto poprawiał? Bliższa analiza wskazuje jednak, że dokument właśnie tam mógł powstać, bo jego autorem jest pracownik MS. Ten sprytny tryb pozwala oczywiście ominąć proces konsultacji społecznych i uzgodnień międzyresortowych. Proces legislacyjny w tej sprawie zadziwia tym bardziej, że minister sprawiedliwości deklarował nie tylko przejrzystość legislacji, ale także to, że powstrzyma legislacyjną biegunkę, która po prostu psuje prawo.

Wyroki do kontroli

Przechodząc do szczegółów, wskazać należy, że projekt nadaje ministrowi sprawiedliwości prawo wglądu w czynności sądów, w tym do akt każdej sprawy, a osobom wykonującym nadzór administracyjny w imieniu ministra pozwala także brać udział w rozprawie prowadzonej z wyłączeniem jawności. Na czym ma polegać dokonywana przez ministra analiza i ocena stosowania prawa przez sądy? Projektodawca pozwala ministrowi kontrolować wykonywanie obowiązków nadzorczych przez prezesów sądów z możliwością wydawania stosownych zarządzeń. Minister nadaje sobie także uprawnienie do lustracji sądu lub wydziału, zbadania sprawności postępowania w poszczególnych sprawach czy przeprowadzenia lustracji działalności nadzorczej prezesa sądu. Jeżeli z protokołów ujawnią się okoliczności wskazujące na prawdopodobieństwo popełnienia przez sędziego przewinienia dyscyplinarnego, minister może zarządzić zbadanie akt spraw w takim zakresie, w jakim jest to konieczne do wyjaśnienia sprawy. Czyli praktycznie w każdym.

W uzasadnieniu autor wprost wskazuje, że dotychczas całkowicie pomijano potrzebę reakcji ministra sprawiedliwości na problemy dostrzegane w procesie judykacyjnym, odnoszące się do systemu prawa stosowanego przez sądy. Jak wskazuje dalej, „brakuje przede wszystkim mechanizmu bezpośredniej kontroli ze strony ministerstwa do wykonywania nadzoru wewnętrznego na poziomie sądów okręgowych i rejonowych”. Z ubolewaniem autor uzasadnienia stwierdza, że dotychczas pominięto bezpośredni dostęp do czynności sądów.

Dalej wskazuje, że konieczne jest określenie kompetencji ministra sprawiedliwości do adekwatnej reakcji na stwierdzone w zakresie nadzoru uchybienia, a nadzór powinien także obejmować możliwość „wtórnego badania sprawności postępowania w poszczególnych sprawach”. Co to ma oznaczać? Że np. prawomocne orzeczenia sądów w sprawach skarg na przewlekłość postępowania wydawane w toku instancji będą kontrolowane przez polityczny organ administracji rządowej pod kątem ich prawidłowości?

Ten projekt i jego uzasadnienie można nazwać bulwersującym, a jego wejście w życie spowoduje, że każdy minister – polityk i członek partii będzie mógł nie tylko legalnie zaglądać do akt konkretnej sprawy, ale także wpływać na jej przebieg. Projekt przypomina najgorsze czasy nadzoru nad sądami, a jego wprowadzenie w życie całkowicie zachwieje konstytucyjnym trójpodziałem władzy i doprowadzi do ręcznego sterowania konkretnymi sprawami.

Autor całkowicie zapomina o istnieniu art. 183 Konstytucji RP, który wskazuje, że to Sąd Najwyższy sprawuje nadzór nad działalnością sądów powszechnych i wojskowych w zakresie orzekania. Ten nadzór judykacyjny jest fundamentem niezawisłości. Minister ma wpływ na obsadę dyrektorów sądów, powołuje prezesów, może tworzyć i znosić sądy według własnego uznania, sprawuje nadzór administracyjny nad sądami powszechnymi. Jak widać, nadmiar kompetencji powoduje nieustanną chęć ich poszerzania. Autor projektu, zanim stworzy taki twór, powinien poczytać najpierw orzecznictwo Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Decyzja trybunału

Polecam zwłaszcza orzeczenie z 9 lutego 2012 r. Kinsky przeciwko Czechom (skarga numer 42856/06). Sprawa zrodziła się w związku z wypowiedziami polityków i nadzorem nad konkretną sprawą sprawowanym przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Wszystko odbywało się pod płaszczykiem badania statystyk i sprawności postępowania. Trybunał Sprawiedliwości jednoznacznie wskazał, że art. 6 konwencji wymaga, aby sądy były niezawisłe i bezstronne. Powinno to być ustalane testem subiektywnym, a więc na podstawie osobistego przekonania danego, konkretnego sędziego w rozpoznawanej przez niego sprawie oraz zgodnie z testem obiektywnym – czyli sprawdzając, czy sąd oferował niezbędne gwarancje wystarczające do wykluczenia wszelkich wątpliwości w tym zakresie.

W sprawie czeskiej skarżący nie zarzucał sędziom osobistej stronniczości. Jednak test obiektywny nakazał ustalić, czy poza zachowaniem sędziów istniały możliwe do potwierdzenia fakty mogące rodzić choćby wątpliwości co do ich bezstronności. Faktami tymi były między innymi wypowiedzi polityków dotyczące spraw sądowych oraz jednoczesna administracyjna kontrola, która pod pozorem sprawdzania, czy nie dochodzi do przewlekłości, miała wywierać presję na strony oraz sąd. Jak powiada trybunał „nie wystarczy sprawiedliwość wymierzać, musi być to również widoczne”.

Trybunał podkreślił jednak, że art. 6 nie dotyczy wyniku postępowania, ale gwarancji rzetelności jego przebiegu. Sądy muszą mieć zatem niezbędne zaufanie społeczne, ale także realne – budowane nie tylko w oparciu o wewnętrzną niezawisłość sędziego – gwarancje wynikające z systemu prawa, które uniemożliwią władzy politycznej próby wpływania na konkretne sprawy. W sprawie Kinsky przeciwko Czechom Trybunał uznał, że takie polityczne działania ministra naruszyły art. 6 konwencji i zasądził na rzecz strony stosowne odszkodowanie.

Ten wyrok to przestroga także dla twórców naszego prawa. My mamy już festiwal wypowiedzi polityków. W konkretnej toczącej się sprawie zwołują dwie połączone komisje sejmowe, w innej minister, który ma stać na straży praworządności, mówi, że w nosie ma literę prawa. Teraz czas, by dopasować prawo do politycznego zapotrzebowania, czyli stworzyć narzędzie możliwości ingerencji w konkretną sądową sprawę. Takie projekty jak ten, który nie ma jeszcze daty i numeru, powinny od razu trafiać do kosza.

Waldemar Żurek, członek Krajowej Rady Sądownictwa