Z danych zebranych przez firmę badawczą Ipsos wynika, że z powodu dużej liczby absolwentów prawa i stopniowego otwierania dostępu do zawodu ceny usług spadły nawet o 1/3. Coraz częściej można znaleźć oferty pierwszej porady gratis, ale prawdziwą nowością jest nie tyle obniżanie cen, co upublicznianie cenników.

– Musimy walczyć o klienta, i to nie tego z zasobnym portfelem, bo on ma już prawników. Do osób mniej zamożnych w pierwszej kolejności przemawia cena. Można się na to albo obrażać, albo to zaakceptować – stwierdza jeden z młodych stołecznych adwokatów. Taka sytuacja nie jest mile widziana. A już szczególnie w środowisku notariuszy.

Maksymalną taksę za czynności notarialne wyznacza rozporządzenie ministra sprawiedliwości. Krajowa Rada Notarialna krzywo patrzy na samowolne obniżanie stawek, bo w jej opinii obniża to prestiż i powagę zawodu. – Bywają klienci, którzy dzwonią z pytaniem, ile dana czynność kosztuje. Zawsze podaję stawkę z rozporządzenia i informuję, że o obniżeniu ceny będę mógł porozmawiać po zapoznaniu się z dokumentami.

Ale nie mam wątpliwości, że po obdzwonieniu kilku notariuszy klient wybierze najtańszego – mówi nam łódzki notariusz Jacek Sobczak. – Odgórnie powinna być określona stawka minimalna, na poziomie adekwatnym do charakteru czynności. Oprócz tego powinna być możliwość jej zwiększenia w szczególnych okolicznościach, np. jeśli ktoś rano życzy sobie, by na godz. 18 przygotować skomplikowaną sprawę, albo kiedy trzeba otworzyć kancelarię w weekend. To zlikwidowałoby niezdrową konkurencję – postuluje rejent Sobczak.

Według danych GUS w latach 2006 - 2007 w okresie nieruchomościowej hossy zawierano rocznie ok. 300 tys. umów sprzedaży w formie aktu notarialnego. W tym czasie notariuszy było w ok. 1,7 tys. Jeśli zaokrąglimy średnią taksę do 1,5 tys., wówczas przeciętny roczny przychód rejenta z tego tytułu wynosił 264 tys.

Dziś notariuszy przybywa: teraz jest ich 2,3 tys. i z każdym rokiem będzie o kilkuset więcej, a transakcji - przeciwnie: obecnie jest o ponad 50 tys. mniej niż w najlepszych czasach. A to oznacza, że przeciętny przychód spadł do 163 tys. zł rocznie, a będzie jeszcze mniejszy, jeśli notariusze będą obniżać taksę. Co ważne, koszty działalności pozostały na tym samym poziomie. Nierównomierne zagęszczenie kancelarii dodatkowo pogarsza sytuację notariuszy w największych miastach.

– Gwałtowny wzrost liczby notariuszy zaostrza konkurencję. Prowadzi to do absurdalnej sytuacji, w której ktoś, kto wykonuje władzę publiczną, musi ubiegać się o to, by klient dokonał czynności u niego. To może powodować utratę bezstronności i niezależności, podstawowych przymiotów notariusza.

Trudno wyobrazić sobie taką sytuację wśród sędziów lub prokuratorów. Projekt deregulacji tylko pogarsza ten stan rzeczy - przestrzega notariusz Joanna Greguła, członek Krajowej Rady Notarialnej. - Problemu nie rozwiążą nowe czynności notarialne. Jako sposób na odciążanie sądów to słuszna idea, ale nie do pogodzenia z wynikającą z konkurencji stronniczością – dodaje.

Coraz łatwiej znaleźć kancelarie czynne non stop, które akt notarialny przygotują i w niedzielę, i w nocy. W dodatku, choć KRN bardzo restrykcyjnie traktuje zakaz tzw. wyjazdówek, czyli sporządzania dokumentów u klienta, nie jest tajemnicą, że nawet pod groźbą odpowiedzialności dyscyplinarnej do takowych dochodzi. Znana jest w środowisku opinia jednego ze stołecznych rejentów, że „notariusz nie jest k... na telefon”, a jednak są tacy, którzy się tym specjalnie nie przejmują i jadą do klienta, który umowę darowizny dla córki chce podpisać między lunchem a służbowym spotkaniem. – W skrajnych sytuacjach może dojść do tego, że notariusz będzie ze stempelkiem na każdym rogu poświadczał podpisy – przestrzega Jacek Sobczyk.