Do redakcji DGP zgłaszają się zwalniane osoby, które wskazują, że redukcje obejmują wszystkich zleceniobiorców zatrudnionych w danym sądzie, w tym także kobiety w ciąży. To skutek oszczędności wynikających z ustawy budżetowej. Sądom przypomniał o tym ostatnio resort sprawiedliwości.

Wartościowi pracownicy

Jeszcze na przełomie marca i kwietnia tego roku, a więc zanim ruszyły wielkie zwolnienia, w sądach powszechnych na zlecenie było zatrudnionych 1,6 tys. osób (dla porównania referendarzy sądowych jest 1,8 tys., a asystentów sędziów – 2,8 tys.). Zajmowali się m.in. konserwacją ogrzewania i remontami, ale także usługami doradztwa prawnego lub czynnościami pomocniczymi w komórkach organizacyjnych sądów.

30 tys. zł to maksymalna kara, która może być nałożona przez sąd za łamanie prawa pracy

– To osoby z kompetencjami, wyłaniane w drodze konkursu. Nie ma środków na ich zatrudnienie, więc ich obowiązki będą musiały przejąć inne osoby kosztem swoich dotychczasowych zadań – mówi Jolanta Baran, prezes Sądu Rejonowego w Zamościu.

Zamiast zwalniać takie osoby, sądy mogłyby je przyjmować na etat. Przeszkodą są jednak przepisy.

– Sądy nie mogą dowolnie kształtować stanu zatrudnienia. Nowa osoba może być przyjęta na etat, jeśli się on zwolni – tłumaczy Artur Ozimek, sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie, rzecznik prasowy tej placówki.

Dodatkowo przepisy dotyczące administracji państwowej ograniczają też możliwości zatrudnienia na konkretnej podstawie.

1,6 tys. osób było zatrudnionych w sądach na zlecenie (przełom marca i kwietnia)

– Sądy, podobnie jak urzędy, mają ograniczoną możliwość zawierania umów na czas określony, a w ogóle nie mogą zatrudniać na czas wykonania określonej pracy, choć taki rodzaj umowy jest przewidziany w kodeksie pracy – mówi Adam Piechota, prezes Sądu Rejonowego w Grójcu.

Podkreśla, że jeśli np. sąd zyska oszczędności w funduszu płac, może je wydać np. na nagrody, ale nie na stworzenie nowego etatu na pół roku.

Jednocześnie oszczędności na zatrudnieniu w sądach mogą wcale nie przynieść finansowej korzyści dla budżetu. Zwalniani przez jedne sądy zleceniobiorcy mogą dochodzić swoich praw przed innymi.

Zgodnie z art. 22 kodeksu pracy przez nawiązanie stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania obowiązków określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie przez niego wyznaczonym, a pracodawca – do wypłaty wynagrodzenia. Zatrudnienie, które spełnia te warunki, jest z mocy prawa stosunkiem pracy, a nie cywilnoprawnym, bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy.

Zleceniobiorcy, którzy uważają, że w praktyce świadczyli pracę, mogą więc pozwać zleceniodawcę do sądu pracy, aby ten ustalił, że obie strony łączyła umowa o pracę, a nie cywilnoprawna. Procesy zleceniobiorców przeciwko sądom rejonowym już się toczyły i kończyły ustaleniem istnienia stosunku pracy (por. wyrok SN z 21 września 2011 r., II PK 36/11).

PIP na pomoc

Pomocna może być Państwowa Inspekcja Pracy. Zleceniobiorca, który chce, aby zleceniodawca podpisał z nim umowę o pracę, może się zgłosić do okręgowego inspektoratu pracy, który sprawdzi, czy łączący ich kontrakt nie nosił znamion stosunku pracy (orzeka o tym wyłącznie sąd, ale inspektor pracy może w tej sprawie złożyć pozew).

Zawieranie umów cywilnoprawnych w warunkach, w których powinna być zawarta umowa o pracę, jest też wykroczeniem przeciwko prawom pracownika i jest zagrożone grzywną do 30 tys. zł.