Powodem spotkania ekspertów w redakcji DGP były nowe zagrożenia dla prywatności obywateli. Wgląd w nasze dane ma dziś wielu urzędników, o których nie zawsze wiadomo, czy nie ulegają pokusie nielegalnego wykorzystywania tej wiedzy. Powstaje też coraz więcej baz gromadzących dane osobowe pochodzące z różnych rejestrów. Trudno więc mieć pewność, że dane osobowe w rejestrach publicznych są właściwie chronione i że nadzór nad dostępem do nich jest wystarczający.

Wiedza państwa o obywatelach

Dr Wojciech Wiewiórowski, generalny inspektor ochrony danych osobowych:

Państwo powinno posiadać zasób informacyjny dotyczący obywateli, a także innych podmiotów i osób prawnych. To powoduje, że państwo buduje pewnego rodzaju scentralizowane systemy informacyjne, które instytucjom publicznym mają tę wiedzę zapewnić. Jest to zrozumiałe i ma miejsce właściwie we wszystkich cywilizowanych krajach świata.

W 2011 roku stworzono podstawy prawne dla kilku istotnych z punktu widzenia państwa systemów informacyjnych: w ochronie zdrowia, systemu informacji oświatowej czy bazy w sektorze nauki i szkolnictwa wyższego. Wprowadzono nowe rozwiązania dotyczące elektronicznych ksiąg wieczystych. Toczą się prace nad zintegrowanym systemem informacji o nieruchomościach, a także projektem pl.ID (obejmującymi m.in. przebudowę rejestru PESEL oraz budowę Centralnej Bazy Aktów Stanu Cywilnego i Rejestru Dowodów Osobistych). Wszystkie te przedsięwzięcia łączy interoperacyjność, czyli możliwość wspólnego korzystania z danych albo ich wymiany pomiędzy systemami. Z mojego punktu widzenia rodzi to pytanie: czy jest gdzieś w Polsce ktoś, kto zarządza uprawnieniami dającymi dostęp do tych systemów?

Michał Boni, minister administracji i cyfryzacji:

Z jednej strony mamy dbałość o bezpieczeństwo danych osobowych, a z drugiej myślenie o użytkowniku. Urzędnik jednak w ogóle nie powinien mieć dostępu do informacji dla własnych celów. Może mieć dostęp do nich tylko i wyłącznie wtedy, gdy służy to dobru publicznemu albo jeżeli służy to obywatelowi, który chce załatwić swoją sprawę i jest mu potrzebny dostęp do odpowiednich informacji. Powinniśmy zadać sobie poważne pytanie: Czy są nam jeszcze potrzebne jakieś nowe rejestry? Czy nie mamy dostatecznie dużo informacji? Może problem polega tylko na tym, że z tych zasobów trzeba odpowiednio korzystać. Dlatego tworzenie mechanizmów interoperacyjności powinno zamknąć dążenie różnych instytucji do tego, żeby mieć dodatkowe zasoby.

Prof. Irena Lipowicz, rzecznik praw obywatelskich:

Państwo służy obywatelom do tego, by stworzyć im przestrzeń wolności i bezpieczeństwa. Problem polega na tym, że przez lata narastało mnóstwo rejestrów o obywatelach. Chaos jest duży, a stan poczucia bezpieczeństwa i racjonalności administrowania, z punktu widzenia praw obywateli, jest niski. W literaturze użyto już sformułowania, że strumienie i ścieżki informacji zamieniły się w autostrady. Nad tymi autostradami nie mamy kontroli.

W systemie oświaty i służbie zdrowia mamy dwa przykłady złego postępowania z danymi. Pojawiło się zagrożenie dla praw i wolności w związku ze zrobionymi amatorsko systemami: informacji oświatowej i informacji transplantologicznych. Ludzie przekazali np. bardzo osobiste dane zasłużonej fundacji Urszuli Jaworskiej, która nagle te dane musiała przymusowo, z mocy ustawy, oddać, z uwagi na centralizacyjne dążenia resortu zdrowia. To było wywłaszczenie fundacji z bardzo intymnych, z trudem zbieranych informacji medycznych, których miała strzec. Tymczasem pomysły resortu zdrowia na zrobienie Poltransplantu, czyli ogromnej centralnej bazy danych, powinny budzić zaniepokojenie. Chodzi wszak o dane o najwyższym stopniu poufności, których potencjalna kradzież byłaby bardzo groźna dla obywateli. Przecież w niektórych krajach zdarzają się nawet porwania dla przeszczepów.