Posłowie przesądzili, że na sporej części naszego Bałtyku nie powstaną farmy wiatrowe. Wszystko za sprawą dodanego właśnie do art. 23 ustawy o obszarach morskich Rzeczypospolitej Polskiej i administracji morskiej ust. 1a. Od 30 lipca br. nie pozostawia on żadnych wątpliwości, wprost stanowiąc, że „zakazuje się wznoszenia i wykorzystywania elektrowni wiatrowych na morskich wodach wewnętrznych i morzu terytorialnym” (Dz.U. z 2011 r. nr 134, poz. 778).

12 mil od brzegu

Nie jest to tożsame z zakazaniem stawiania farm wiatrowych w ogóle, bo poza wodami wewnętrznymi i morzem terytorialnym mamy jeszcze na Bałtyku spory obszar wyłącznej strefy ekonomicznej. Niewątpliwie jednak miejsca na elektrownie będzie w Bałtyku mniej. Granica wód terytorialnych leży bowiem 12 mil morskich od brzegu.

Zaskakujące są przyczyny, dla których zdecydowano się na tak niespodziewaną woltę. Myliłby się, kto sądzi, że o tej, a nie innej decyzji przesądziły jakieś poważne wyliczenia czy naukowe analizy. Na przykład argument, iż wiatraki są – w porównaniu z instalacjami do pozyskiwania energii – mało wydajne. Albo że w Polsce wiatry wieją za słabo do stawiania farm. Nic podobnego. Zdecydowało... poczucie estetyki! Propozycja przepadła z prozaicznego powodu: elektrownie wiatrowe psują krajobraz.

Naciskały gminy nadmorskie. Ich przedstawiciel twierdził na posiedzeniu komisji pracującej nad projektem, iż sprzeciwiają się one takiemu usytuowaniu elektrowni wiatrowych, które by zakłócało krajobraz. Dlaczego? Samorządy takie żyją z turystyki plażowej. Niektóre są od niej uzależnione do tego stopnia, że przychody z tego tytułu decydują o ich kondycji finansowej. Chodzi zwłaszcza o gminy mniejsze, bo duże nadmorskie miasta bez urlopowiczów też by sobie pewnie poradziły. Samorządy obawiają się, że budowanie farm wiatrowych w pobliżu plaż spowoduje, iż przeciętny turysta popatrzy na wiatrak, a potem zacznie szukać miejsca, gdzie podobnych urządzeń nie ma.

Estetyka nadmorska

Nim zwyciężyła koncepcja szlabanu, w komisji ścierały się różne stanowiska. Przyjęto założenie, że horyzont z wiatrakami jest brzydki. Padła zatem propozycja przesunięcia ich poza linię horyzontu, a już przynajmniej na odległość 5 mil morskich od brzegu. Po skonfrontowaniu tego pomysłu z mapą okazało się, iż gdyby wypchnąć wiatraki na piątą milę, to w naszym morzu terytorialnym nie za bardzo byłoby je gdzie postawić. Za dużo szlaków żeglugowych, poligonów wojskowych, kotwicowisk, red i podejść do portów – a za mało wolnego miejsca. Zakazano więc stawiania farm w ogóle.

Pytanie tylko, czy samo założenie, na którym oparto się przy pracy nad nowymi przepisami, nie jest przypadkiem błędne. Bo czy farmy rzeczywiście psują krajobraz? Fakt, wiele osób woli popatrzeć, jak słońce chowa się za horyzontem, a nie za wiatrakiem. Ale gdzie byłaby dziś – dajmy na to – Holandia, gdyby w siedemnastym wieku zakazano tam budowania wiatraków z uwagi na ich wizualne mankamenty? Zresztą wielu jest takich, którzy wyrastające z fal śmigła elektrowni uważają za piękne i stanowiące już nawet nie wyraz triumfu człowieka nad naturą, ale dowód na dopasowanie się i szacunek dla niej. Kto nie wierzy, niech zajrzy na stronę internetową Greenpeace Polska. A jak na razie nikt nie pokusił się chyba o przeprowadzenie reprezentatywnego badania, czy wiatraki rzeczywiście nie podobają się Polakom.