Ostatni wyrok Trybunału Konstytucyjnego potwierdzający konstytucyjność art. 135 par. 2 k.k. (znieważenie prezydenta), choć wydany jednogłośnie, nie został akceptująco przyjęty przez publicystów. Depenalizacji tej normy domaga się od dawna Fundacja Helsińska, instytucja bardzo zasłużona w kształtowaniu w praktyce standardów praw człowieka. Krytycy tego przepisu głoszą, że całkowicie wystarczająca jest tu cywilna ochrona sfery dóbr osobistych, pozwalająca na dochodzenie roszczeń z tego zakresu w drodze procesu cywilnego.

Oportunizm polityków?

Wydawać by się mogło, że stanowisko sędziów trybunału idzie tym razem wyraźnie pod prąd opinii publicznej, a przynajmniej znacznej jej części. Sprawy tego typu – zdaniem wielu publicystów – niepotrzebnie tylko zajmują czas prokuraturze, która zwykle i tak wszczęte postępowania umarza, a wyjątkowo rzadko zdarza się w ogóle, by sądy decydowały się na sięgnięcie po najsurowszą sankcję za tego rodzaju czyny w postaci kary pozbawienia wolności.

Karalność takich czynów – zdaniem przeciwników szczególnej ochrony funkcjonariuszy publicznych – stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa, która jest podstawą demokracji i fundamentem wolnego społeczeństwa, i te wartości powinny być nadrzędne. Politykom zarzuca się na marginesie tej trwającej już od dobrych kilku lat dyskusji, że utrzymywanie w systemie prawa tego rodzaju ochrony jest wyrazem ich oportunizmu i swego rodzaju wygodnictwa, pozwalającego zrzucić na organy ścigania cały trud związany ze ściganiem zachowań godzących w dobre imię funkcjonariuszy publicznych.

Choć niewątpliwie sprawy o zniewagę funkcjonariuszy publicznych stanowią kłopotliwy balast wymiaru sprawiedliwości, warto może popatrzeć na tę problematykę z innej jeszcze perspektywy.

Jest standardem w naszym kręgu cywilizacyjnym rozdzielenie sfery publicznej i prywatnej. Czasami mamy trudności z ustaleniem linii demarkacyjnej pomiędzy tymi dwoma światami, ale generalnie traktujemy ten podział niemal jak powietrze. Wiemy też, że tak było nie od zawsze, że podział ten zrodził się w wyniku istotnego osiągnięcia cywilizacyjnego w kręgu kultury rzymskiej. Zwykle nie doceniamy tego, co nam współczesnym wydaje się oczywiste. Przywykliśmy traktować np. kodeks Hammurabiego jako przykład barbarzyństwa tamtej epoki, gdy tymczasem w istocie rzeczy był on niezwykłym osiągnięciem, ograniczającym w istotny sposób zasadę zemsty rodowej, która dotychczas była podstawą dochodzenia sprawiedliwości w ogóle.

Czy w pierwszym odruchu i dzisiaj najchętniej nie sięgnęlibyśmy po jakąś formę osobistej zemsty, gdy nam ktoś zajdzie za skórę? Z tego punktu widzenia ustanowienie monopolu państwa w sięganiu po sankcję karną jawić się będzie przecież jako niezwykle cywilizacyjne osiągnięcie, przerywające zaklęte koło zemsty rodowej.

Zniesienie penalizacji za zniewagę funkcjonariusza publicznego byłoby w istocie początkiem zacierania granicy pomiędzy tym co publiczne i tym co prywatne, czyli krokiem ku epoce sprzed pojawienia się tego podziału. W sporze o granice penalizacji za zniewagę funkcjonariusza publicznego nie chodzi więc przede wszystkim o ustalenie pożądanej grubości skóry polityka (niepotrzebnie wysuwa się go tu na plan pierwszy), bo jest oczywiste, że akurat polityk powinien cechować się zwiększoną odpornością na ciosy, ale o zasadę, że skala tej odporności (grubości skóry) nie powinna być ustalana subiektywnie przez samego funkcjonariusza publicznego.

Godność najważniejsza

Wolność słowa jest niezwykle cenną wartością, ale nie jest też wartością absolutną – w przeciwieństwie do godności osoby ludzkiej, która taką wartością absolutną jest, niezależnie od tego, czy dotyczy funkcjonariusza publicznego, czy nie. Jest prawdą, że funkcjonariusz publiczny w społeczeństwie demokratycznym godzi się na przyjęcie postawy służebnej wobec obywateli. Tym bardziej więc społeczność obywatelska winna dbać o warunki wykonywania przez niego jego misji. Nie godzi się przecież służby traktować gorzej od pana.