Złych statystyk nie zmienia to, że czasem jakaś spółka wygra 7,5 miliona złotych albo że mała grupa próbuje się zorganizować, żeby złożyć pozew zbiorowy w sprawie zawyżonych marż od kredytów z tzw. starego portfela. Niestety przedsiębiorcy nie mają ani dość woli walki, ani nawet skutecznych instrumentów, które pozwoliłyby im bez nadmiernego ryzyka przegranej procesować się na przykład w sprawie toksycznych, z założenia nieuczciwie skonstruowanych opcji walutowych. A przecież trzy lata temu dali się na nie namówić księgowe i prezesi zarówno małych firm, jak i sporych spółek giełdowych w liczbie około pięciu tysięcy. No i wskutek tego owi nieostrożni i – jak twierdzą banki – paskudnie chciwi, bo nastawieni na zysk przedsiębiorcy ponieśli straty na blisko 30 miliardów złotych (kwota jest szacunkiem zainteresowanych, bo nie ma oficjalnych statystyk, ale wydaje się prawdopodobna, ponieważ naliczanie wierzytelności banków przypominało rachunki piramidy finansowej).

Brak przepisów dobrze chroniących klientów polega na tym, że niewprowadzenie w porę do polskiego porządku prawnego dyrektyw MiFID (od ang. Markets in Financial Instruments Directive), nakazujących informowanie klientów o istocie i ryzyku transakcji, dobrze asekuruje wstecz wszystkie instytucje sprzedające takie produkty jak opcje czy swapy. I ciekawe, czy przedsiębiorcy przekonani, że dali się nabrać, ale milczący z obawy, że zostanie im wypowiedziana umowa kredytu, poważą się przynajmniej przerwać bieg przedawnienia swoich roszczeń. Chodzi o to, by dokonali jakiejś czynności przed sądem, która sprawi, że nadal będą mieli otwartą furtkę, na wypadek gdyby zdecydowali się na proces. Wszak banki zawsze w porę żądają swego. Czynią to bez sentymentów i bez przebaczenia. A my?