Może dialog jest trochę za mocny. Bo przecież nikt z piszących w sensacyjnym tonie o wycofaniu przez 21 osób kandydatur na stanowiska sędziowskie nie podał nieprawdziwej informacji. Tak więc przyznaję – powyższe cytaty byłyby bardziej adekwatne, gdyby Tytus mówił nie o „wiadomościach”, ale o „tematach”. Bo faktem jest, że tematu żadnego nie było. A tym bardziej żadnej sensacji. Wnioski o wycofanie kandydatur zdarzają się niemal na każdym posiedzeniu KRS. Wpływały one za poprzedniej rady i wpływać będą, gdy swoje prace zakończy ta obecna. Powodów ich składania jest wiele. Zazwyczaj są one bardzo prozaiczne i nie mają nic wspólnego z górnolotnymi kwestiami ustrojowymi. Dla przykładu – sędzia starał się o posadę w sądzie X, a w międzyczasie ogłoszono o wolnym stanowisku w sądzie Y, bliżej którego mieszka. I dziennikarz, który zajmuje się tematyką sądownictwa, powinien to wiedzieć. A jeśli nie wie – spróbować dopytać. I niekoniecznie rzecznika prasowego rady. Wystarczy telefon do szeregowego sędziego, do którego ma się zaufanie. Prawdopodobieństwo, że był w takiej sytuacji, jest naprawdę spore, a jeśli nawet nie, zapewne zna kogoś, kto już taką decyzję ma za sobą. Aż tyle i tylko tyle.

Nie chcę tutaj wchodzić w buty adwokata diabła. Jest bowiem wiele kwestii, za które dziennikarze mogą, a nawet powinni „dokładać” obecnej radzie. Weźmy chociażby spór między prezes Sądu Okręgowego w Krakowie a tamtejszymi sędziami, w który niefortunnie acz ochoczo wmieszała się KRS. Patrzę na to z zażenowaniem. Jest ono tym większe, że przecież reprezentująca jedną ze stron tego konfliktu prezes krakowskiego sądu jest jednocześnie członkiem rady. A ponoć miało już nie być „kolesiostwa”, „kasty”…

Powiedzmy sobie szczerze – krakowski spór jest bardzo prosty do rozwiązania. Wystarczy tylko spojrzeć na niego z odpowiedniej perspektywy. No bo co się robi z prezesami spółek, którzy nie potrafią zapanować nad kadrą? I żeby była jasność – nie pytam o spółki z kapitałem państwowym.

Oczywiście tutaj nie może być mowy o odwołaniu pani prezes. Wszyscy przecież wiemy, że w tej grze stawką nie jest poprawa sytuacji w krakowskim sądzie tak, aby obywatele byli z jego działalności zadowoleni. Tutaj gra toczy się o personalia i wpływy. Szkoda tylko, że konstytucyjny organ mający stać na straży niezależności sądów daje się w to wciągać. A jeszcze gorzej, że w tak wyraźny sposób opowiada się po jednej ze stron.