Spór, trawiący sądy powszechne od kilkunastu lat, dotyczy tego, czy gminy zarządzające nieruchomościami opuszczonymi lub o nieuregulowanym stanie prawnym mogą wypowiadać lokatorom umowy i dochodzić od nich pieniędzy.

Sprawa nie jest oczywista. Z brzmienia przepisów kodeksu cywilnego takie uprawnienie gminy – jako prowadzącej cudze sprawy bez zlecenia – nie wynika. Ale skoro właściciela nieruchomości nie ma, ktoś przecież powinien o nią dbać. A jeśli mieszkają w niej ludzie, naturalnym byłoby też, że ktoś pobiera od nich zapłatę (i z tych pieniędzy robi remonty, pielęgnuje ogródek itp.). Jeśli uznać, że gmina żądać zapłaty nie może, w praktyce żadna nie będzie zainteresowana dbaniem o kamienice. A dziesiątki tysięcy ludzi będą mogli mieszkać „za darmo”; aż do stwierdzenia przez nadzór budowlany, że budynek trzeba opuścić ze względu na jego zagrażający ludzkiemu życiu stan.

To, że sprawa jest szalenie istotna, stwierdził nawet sam Sąd Najwyższy. Skład siedmiu sędziów zebrał się bowiem dlatego, że skład trzyosobowy uznał, iż ciężar gatunkowy i istotność problemu dla tysięcy Polaków oraz polskich gmin jest tak duża, że udźwignąć je powinna „siódemka”. Czyli po prostu „trójka” przekazała sprawę „siódemce”.

Ale dlaczego o tym piszę, zamiast poinformować, jaka zapadła uchwała? Ano dlatego, że nie zapadła żadna. Sąd Najwyższy uznał, że musi w tej sprawie wydać wyrok (dla mniej zorientowanych czytelników – uchwały eksperci uznają za ważniejsze niż wyroki). Zdecydował się skierować sprawę do ponownego rozpoznania przez sąd rejonowy. Bo – jak usłyszeliśmy – pominięto jedną istotną okoliczność faktyczną.

Krytykowanie składu powiększonego SN przez dziennikarza, który jeszcze pięć lat temu zdawał egzamin z prawa cywilnego na studiach, zakrawa o niegrzeczność. Nie znam się lepiej na prawie niż ci sędziowie, którzy podjęli decyzję. Nie wiem, czy błąd sądu rejonowego (powielony potem przez sąd okręgowy i niezauważony przez skład trzech sędziów SN) był znaczący. Ale wiem, że SN mógł wydać uchwałę, w której uzasadnieniu by wskazał sądowi powszechnemu, że warto rozważyć jeszcze jedną kwestię. Mógł ewentualnie wydać wyrok, a w ustnych motywach uzasadnienia zasugerować, do której z koncepcji mu bliżej. Można było zamknąć wieloletni spór o interpretację przepisów. Dało się albo pomóc gminom, albo dać im jednoznaczną odpowiedź, że czegoś robić nie mogą.

Sąd Najwyższy jednak od problemu uciekł. Zostali z nim zwykli ludzie. I, jak znam życie, sprawa ponownie trafi do SN. Tyle że za jakieś cztery, pięć lat.