Lokalne władze zaskarżą znowelizowaną ustawę o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków (Dz.U. z 2017, poz. 2180). Konkretnie uchwałę w tej sprawie podejmą władze miasta Piły. Wniosek do TK jest już przygotowany, a ostateczną decyzję podejmą tamtejsi radni. Choć, jak słyszymy, to będzie czysta formalność.

– Projekt wniosku musi zatwierdzić jeszcze rada, ale na komisjach merytorycznych głosy rozkładały się tak, że należy się spodziewać pozytywnej decyzji – mówi Bogdan Kopeć z urzędu miasta w Pile.

Tak naprawdę Piła nie reprezentuje samej siebie, lecz dużą część samorządu terytorialnego w Polsce. Wspierana jest bowiem przez Związek Miast Polskich, zrzeszający ok. 300 jednostek. Taki model działania wynika z prostego faktu, że możliwość kierowania skarg do TK ma tylko organ stanowiący samorządu, a nie np. organizacje czy korporacje samorządowe.

Projekt wniosku do TK (jak słyszymy, liczącego ok. 120 stron) został przygotowany przez zespół prawników Kancelarii Prawnej Dr Krystian Ziemski & Partners w Poznaniu. Jak tłumaczy przedstawiciel kancelarii, mec. Maciej Kiełbus, z ustawą są trzy zasadnicze problemy. Pierwszy dotyczy trybu uchwalenia nowych regulacji.

– Chodzi m.in. o zbyt szybkie tempo prac czy brak wymaganej opinii Komisji Wspólnej – mówi.

Drugi problem to przekazanie kluczowych kompetencji związanych z realizacją zadań własnych gminy administracji rządowej.

– Przedsiębiorstwa wodociągowo-kanalizacyjne w przeważającej części należą do samorządów, to na władzach lokalnych ciąży zadanie zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków, a jednak to nie one ostatecznie zatwierdzają taryfy opłat, lecz Wody Polskie – wskazuje mec. Kiełbus.

Trzeci problem to nowa konstrukcja nadzoru nad realizacją zadań własnych gmin. – Zgodnie z konstytucją nadzór ten sprawować mogą premier, wojewoda czy RIO w oparciu o kryterium legalności, a nie celowości. Oczywiście wcześniej taryfy za wodę weryfikowano pod kątem celowości, ale robiła to rada gminy. A dziś tej oceny dokona ktoś z zewnątrz, czyli Wody Polskie – przekonuje Maciej Kiełbus.

Wprowadzeniu zewnętrznego, centralnego regulatora od początku towarzyszył duży opór samorządów i spółek komunalnych. Obawiały się one zbyt daleko idących ingerencji w ich politykę cenową i dogmatycznego cięcia kosztów w myśl głośno akcentowanej przez rządzących zasady, że reforma gospodarki wodnej nie może odbić się na portfelach Polaków.

Potwierdził to w rozmowie z DGP nadzorujący Wody Polskie minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk. Wskazywał, że celem resortu jest zniwelowanie rażących dysproporcji w cenach wody oscylujących między 1,5 zł a ponad 57 zł za m sześc.

Minister podkreślał, że część stawek jest sztucznie zawyżona, bo nad ustalaniem wysokości opłat nie było do tej pory żadnego realnego nadzoru. – W samorządach dopuszczano się w poprzednich latach wielu nieprawidłowości, uwzględniając w opłacie za wodę takie koszty, które z wodą nie mają nic wspólnego – twierdzi Gróbarczyk.

Powołuje się przy tym m.in. na ustalenia Najwyższej Izby Kontroli, która wykazała, że spółki komunalne w dużych miastach finansowały z wpływów od mieszkańców m.in. działalność drużyn sportowych.

Dlatego regulator jest potrzebny, by zunifikować ceny wody i zabezpieczyć interesy mieszkańców.

– Będziemy szczególnie przyglądać się tym gminom, które zaproponowały bardzo wysokie stawki bądź zwiększyły koszty przedsiębiorstw mimo braku inwestycji – zapowiadała w zeszłym tygodniu wiceszefowa Wód Polskich Joanna Kopczyńska. Podkreślając jednak, że w wielu przypadkach podwyżki mogą być zasadne i będą uwzględniane przez regulatora. Chodzi tu np. o wzrost cen wynikający z inflacji, bądź wydatków na inwestycje.

Zapewnienia te nie uspokoiły samorządów, te obawiają się zbytniej arbitralności regulatora w wydawaniu decyzji. Wskazują też, że polityka nadmiernych obniżek może odbić się rykoszetem na ich budżetach.

Przekonują, że niższe przychody ze sprzedaży wody po nieadekwatnie niskiej cenie zaszkodzą samorządom, bo będą one musiały dopłacać do nierentownej działalności spółek. W efekcie mieszkańcy i tak zapłacą, tylko że nie w cenie wody, bo straty przedsiębiorstwa pokryją po prostu z budżetu miasta.

Jak na inicjatywę Piły zamierza zareagować Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej? – Czekamy, aż wniosek trafi do TK, by móc zapoznać się z argumentacją podnoszoną przez samorządy – mówi nam Michał Kania, dyrektor biura prasowego w resorcie.

Jest przy tym pewny, że specjaliści zajmujący się gospodarką wodną zatrudnieni w ministerstwie będą w stanie merytorycznie odnieść się do każdego zarzutu.