Chwilę wcześniej Sąd Najwyższy uniewinnił go od zarzutu kradzieży 50 zł starszej kobiecie na stacji benzynowej. Zmienił tym samym wyrok sądu I instancji, który ukarał go złożeniem z urzędu. Choć bezsporne jest, że sędzia wziął z lady nieswoje pieniądze i schował je do kieszeni (co zarejestrowały kamery monitoringu), to zdaniem SN pozostałe dowody nie wskazywały, by zrobił to celowo. A zarówno wykroczenie, jak i przestępstwo kradzieży można popełnić, tylko gdy cudzą rzecz zabiera się w celu przywłaszczenia.

Poza atakiem na dziennikarzy sędzia Topyła nie miał wiele do powiedzenia. „Dziwię się, że przez 30 lat nie nauczyliście się pracować tak, jak powinniście” – szydził. Podczas wcześniejszej rozprawy również miał żal do mediów za to, że godzą się „na linczowanie człowieka”, którego nie znają. Pomińmy na chwilę to, że swój atak skierował również w stronę dziennikarzy (m.in. PAP, Polskiego Radia, DGP czy RMF), którym trudno było zarzucić nierzetelne relacjonowanie jego sprawy. Niesprawiedliwe jest, jak widać, uogólnianie opinii o sędziach na podstawie przypadków przedstawicieli tego zawodu, co kradną kiełbasę. W drugą stronę walenie na oślep cepem jest dozwolone. Zdumiewa łatwość, z jaką sędzia autorytatywnie orzeka, że te wstrętne media, które rzuciły się na niego, jak na ochłap mięsa, zrobiły to z chęci zysku. Nagle okazuje się, że jak media mają pisać o sędzim Topyle, to powściągliwie, z umiarem i z uwzględnieniem zamiarów, a jak sędzia Topyła peroruje o mediach, to wolno wszystko. A coś mi się w głowie kołacze, że sędziów miał cechować umiar, niuansowanie, wyważenie sądów, powściągliwość. Mylę się?

Z drugiej strony, Topyła ma wiele racji. To prawda, że w niektórych redakcjach zasada domniemania niewinności się nie przyjęła. Wręcz przeciwnie – obowiązuje domniemanie winy. Czasem jest to celowe, czasem wynika z niewiedzy, z pośpiechu, braku profesjonalizmu, kto wie, może nawet z... roztargnienia. Tylko czy to jest problem, który pojawił się wraz ze sprawą sędziego Topyły? Gdzie był sędzia Topyła, jak media ferowały wyroki o osobach zatrzymanych, dopiero oskarżonych lub skazanych przez sąd pierwszej instancji? Wtedy problem nie istniał, bo dotyczył jakichś podsądnych? Wtedy to nie bolało, prawda? Sędzia Topyła orzeka w sprawach karnych. Co prawda w Żyrardowie, ale i tak podejrzewam, że trafiły mu się sprawy będące przedmiotem zainteresowania tamtejszych mediów. Ciekawe, czy podczas jakiejkolwiek rozprawy zdarzyło mu się uczulić dziennikarzy np. co do statusu, jaki w sprawie ma dana osoba? Czy zdarzyło mu się zaprotestować, kiedy media w krzywdzący lub tendencyjny sposób relacjonowały sprawy przed tamtejszym sądem? Albo przed jakimkolwiek sądem? Gdzie byli inni sędziowie? Może coś przeoczyłem (oczywiście przez roztargnienie), ale nie przypominam sobie wystąpień sędziowskich autorytetów przy okazji głośnych i kontrowersyjnych spraw, którzy przypominaliby, że zgodnie z art. 42 ust. 3 konstytucji każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu. Czy wystosowali jakieś oświadczenie, list otwarty, napisali choćby pół e-maila do jakiejś redakcji?

Jeśli przez lata sędziowie się na to godzili, hołdując zasadzie, że sąd wypowiada się w orzeczeniach (których notabene większość społeczeństwa nie czyta, a jak czyta to nie rozumie), to teraz, kiedy dotyka, to ich samych – konsekwentnie powinni milczeć.

Bo jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało, sytuacja Topyły była stosunkowo komfortowa. Owszem – oskarżenie sędziego o kradzież rujnuje jego autorytet i karierę. Część mediów na pewno go solidnie przeczołgała, co odczuł nie tylko on, ale i jego rodzina. Nie chciałbym znaleźć się nigdy w podobnej sytuacji. Jednak umówmy się, nie był osadzony w areszcie śledczym, co innym niesłusznie oskarżonym (i medialnie skazanym) się zdarzało. Nie wspominam już o tych, którzy byli nie tylko niesłusznie oskarżeni, ale i niesłusznie skazani. W tym kontekście łzy sędziego Topyły ocierają się o groteskę. Dalej – czas, jaki upłynął od przylepienia mu łatki złodzieja do ostatecznego uniewinnienia, był ekstremalnie krótki. Wszystko wydarzyło się 3 marca 2017 r., już 7 lipca zapadł wyrok w pierwszej instancji, a 20 lutego 2018 r. w drugiej. W międzyczasie – w październiku – sąd zlecił wykonanie opinii biegłych, które w lutym już były gotowe. Który zwyczajny człowiek może liczyć na tak ekspresowy tok jego sprawy? Jaki zwykły oskarżony może liczyć na tak skrupulatny skład sędziowski? To był proces kategorii deluxe, który normalnie w przyrodzie nie występuje.

Poza tym na osłodę sędzia Mirosław Topyła dostał od losu trzy darmowe lekcje. Dwóch SN udzielił nie tylko jemu, ale i innym sądom.

Pierwsza polegała na podręcznikowym pokazaniu, na czym w praktyce polega prawdziwa niezawisłość sędziowska, do której potrzebna jest odwaga orzekania czasem wbrew oczekiwaniom władzy i przeważającej części opinii publicznej.

Druga na tym, jak w praktyce powinien wyglądać proces, w którym sąd respektuje zasadę domniemania niewinności i rozstrzygania wątpliwości na korzyść oskarżonego, i w jaki sposób należy dokonywać kompleksowej oceny całości materiału dowodowego.

Trzecia – najważniejsza – polegała na tym, że osoba, która zawodowo rozstrzyga o losie oskarżonego, miała doskonałą okazję by przekonać się na własnej skórze, jak czuje się człowiek w tej roli. Jak wiadomo, sędzia orzeka na podstawie prawa, analizy dowodów i doświadczenia życiowego. Tak bogatym bagażem doświadczeń może się pochwalić mało który orzekający. Kiedy zapytałem sędziego Topyły, jak te doświadczenia wpłyną na sposób jego pracy, orzekania. Odpowiedział: „Nie wiem”.