Pierwsza część sagi ukazała się 40 lat temu. Gdy wtedy pokazywano samojeżdżące pojazdy, wszyscy przypuszczali, że pojawią się one na przełomie XXI i XXII w. Nikt nie słyszał o Facebooku. Dziś zaś coraz więcej ekspertów mówi, że dostęp do mediów społecznościowych jest już jednym z podstawowych praw człowieka, a więzień musi mieć własne łóżko, jedzenie, napoje i… komputer.

Autonomiczne pojazdy to już nie science fiction, to rzeczywistość. Powstaje więc coraz więcej problemów natury prawnej: kto odpowiada cywilnie za wyrządzone przez samojeżdżące auto? Czy jeśli samochód spowoduje śmiertelny wypadek, możliwe będzie skazanie jego właściciela?Nad regułami odpowiedzialności cywilnej pracuje właśnie Parlament Europejski. Mary Delvaux, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Lukemburga, mówi DGP, że to kwestia, która była odkładana przez kilka lat, ale wreszcie musi zostać rozstrzygnięta. Bo to już nie jest wcale melodia przyszłości.
W grę wchodzą dwa rozwiązania. Pisaliśmy o nich w lutym 2017 r. („Prawo robotów”, DGP nr 24/2017). Wersja pierwsza: odpowiedzialność ponosi producent, czyli ten, kto urządzenie zaprogramował. Zdaniem unijnych decydentów takie rozwiązanie byłoby najprostsze w stosowaniu. Ustalenie producenta robota nie powinno bowiem nastręczać większych trudności. Ale to dobry pomysł, gdy myślimy o urządzeniach już teraz wchodzących na rynek bądź właśnie projektowanych. A można sobie wyobrazić takie, które są zaprogramowane do przyswajania nawyków od właściciela. Wówczas obarczenie odpowiedzialnością producenta byłoby niesprawiedliwe. Jest więc wariant drugi. Zgodnie z nim co do zasady za naruszenie odpowiadałby właściciel lub użytkownik, tak jak za szkodę wyrządzoną przez psa odpowiada jego właściciel. Ale i tu istnieje pewien mankament. Bez trudu przecież – znamy to wszyscy z filmów science fiction – można sobie wyobrazić urządzenia bezpańskie.
Najbardziej prawdopodobny – i to on zostanie najpewniej zasugerowany Komisji Europejskiej przez europarlamentarzystów – jest wariant odpowiedzialności mieszanej. Jeśli dany robot będzie uważany za urządzenie rozwijające się, to ewentualne koszty podzieli się między producenta i właściciela. Proporcje będą ustalane przez sądy, które wezmą pod uwagę to, jakie znaczenie przy naruszeniu miało wyszkolenie maszyny, a jakie samo jej stworzenie.
A czy w razie wypadku będzie można przypisać odpowiedzialność karną właścicielowi autonomicznego auta?
– W przypadku pojazdów samojezdnych na pierwszy rzut oka nie widać tego, komu i jaki zarzut można by było postawić. Jeśli konstruktor czy informatyk dochował należytej staranności przy tworzeniu pojazdu, a kod sztucznej inteligencji został napisany prawidłowo, to śmierć pieszego najprawdopodobniej zostałaby uznana za wypadek losowy – wyjaśnia Mateusz Woiński.

Konsekwencji w obecnym stanie prawnym nie mógłby ponieść też właściciel auta. Powód? Odpowiedzialność karna jest oparta na zasadzie winy, a nie ryzyka. Jeśli więc właściciel nie miałby zamiaru nikogo skrzywdzić i dochowałby należytej staranności przy wzywaniu pojazdu, nie mogłoby być mowy o postawieniu zarzutów. Chyba że – na co zwraca uwagę adwokat Kamil Kaliciński – ktoś nie aktualizowałby oprogramowania sztucznej inteligencji zwiększającej bezpieczeństwo.
– Tyle że użytkownik musiałby być ustawowo zobligowany do określonych działań. Zarazem postępowanie dowodowe byłoby szalenie skomplikowane. Trudno byłoby ustalić, czy gdyby zainstalowane było aktualne oprogramowanie, wypadku dałoby się uniknąć – spostrzega prawnik.

Czy osoba, która po obejrzeniu nowej części „Gwiezdnych wojen” odkryje w sobie Moc (np. na wzór jednego z bohaterów nowego epizodu, ale o tym sza!) i postanowi ją wykorzystać do popełnienie zabójstwa, poniesie konsekwencje?
Najkrócej mówiąc: teoretycznie tak, praktycznie nie.
Doktor Mikołaj Małecki, karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego, tłumaczy, że sam sposób popełnienia przestępstwa najczęściej nie jest najważniejszy. Liczy się skutek. Jeśli więc ktoś zabija inną osobę przy wykorzystaniu Mocy, może odpowiadać tak, jakby użył pistoletu.
Problem w tym, że przy obecnym rozwoju techniki – bo w to, że Moc istnieje, nikt przecież nie wątpi – trudno byłoby wykazać, że ktoś zabił w ten sposób.
– Wyobraźmy sobie, że mamy do czynienia z przypadkiem, gdy świadek zdarzenia zeznałby, że śmierć została spowodowana przez osobę, która wskutek niewytłumaczalnych zabiegów rzuciła inną osobą 200 metrów o ścianę. Oczywiście z bardzo malowniczym skutkiem śmiertelnym. Przypuszczam, że i prokurator prowadzący postępowanie przygotowawcze, i sąd mieliby poważne wątpliwości co do tego, czy taki świadek jest wiarygodny. Przypuszczalnie też sąd przesłuchałby go w obecności biegłego psychiatry lub psychologa –  suponuje dr Mateusz Woiński, karnista z Katedry Prawa Karnego Akademii Leona Koźmińskiego.
Mówiąc wprost: każdy, kto powiedziałby, że ktoś zabił przy użyciu Mocy, zostałby w sądzie uznany za wariata. Cóż, tam „Gwiezdne wojny” się jeszcze nie przyjęły...
Dla rozstrzygnięcia sprawy – gdyby już sąd uwierzył w zabicie w tak nietypowy sposób – znaczenie miałoby też to, czy to człowiek kontrolował Moc, czy też Moc kontrolowała jego. W tym drugim przypadku, choć skutek – nomen omen – śmiertelnie poważny, nie można by wsadzić do więzienia kogoś, kto był narzędziem zbrodni.

W „Raporcie mniejszości” Stevena Spielberga funkcjonariusze aresztowali niedoszłych sprawców przestępstw na podstawie przepowiedni dokonanych przez trójkę jasnowidzów. Człowiek był więc w praktyce karany za przestępstwo, którego nie dokonał, ale istniało wysokie prawdopodobieństwo, że zamierzał. Czy w świecie big data, gdy sprzedawca w sklepie internetowym wie o nas więcej niż rodzona matka, a prokurator nawet więcej, można wyobrazić sobie karanie za jeszcze niepopełnione czyny?
W świetle obecnie obowiązującego kodeksu karnego to niemożliwe. Ale eksperci przyznają, że taka możliwość przestaje przynależeć tylko do gatunku science fiction.
– Wizja z „Raportu mniejszości” staje się coraz bardziej realna. Duża część naszej aktywności przenosi się do sieci: robimy tam zakupy, rozmawiamy ze znajomymi, robimy przelewy, korzystamy z rozrywki itp. Te aktywności pozostawiają po sobie ślady, które w połączeniu ze sobą mogą dać obraz nas samych. To tyczy się także przestępców i ich planów. Bardziej skomplikowana akcja przestępcza wymaga podjęcia wielu przygotowań. Wchodzenia na konkretne strony, robienia przelewów bankowych, obserwowania konkretnych ludzi, wyszukiwania lotów samolotowych. Te i inne aktywności łącznie mogą dać nam przekonanie, że dana osoba chce popełnić przestępstwo – opowiada Kamil Mamak, autor książki „Prawo karne przyszłości”. Zaznacza jednak, że choć służby może to nasunąć daleko idące przypuszczenia co do zamiaru popełnienia przestępstwa, to nadal jest to za mało.
– Przykładowo przy zabójstwie z użyciem broni palnej o karalnym usiłowaniu możemy mówić dopiero, gdy ktoś wyciągnie broń i wyceluje w stronę ofiary. Samo kupienie broni i wybranie ofiary nie są jeszcze wystarczające do skazania – podkreśla Mamak.
Adwokat Kamil Kaliciński przypomina, że są przypadki, gdy samo przygotowywanie się do popełnienia czynu może być karane. Chodzi np. o planowanie zamachu czy obalenia rządu. Jego zdaniem analiza danych z big data nie powinna jednak funkcjonować w oderwaniu od innych dowodów. Nawet najlepsza analiza nie da przecież nigdy 100 proc. pewności co do czyjegoś zamiaru. Z drugiej strony uznawany obecnie za króla dowodów wynik badań DNA też daje „tylko” 99,99999 proc. pewności…

W filmie „Equilibrium” władza podawała obywatelom pigułki, które wyzuwały ich z jakichkolwiek emocji. Czy zasadne byłoby częstsze orzekanie wyroków pozbawienia wolności w zawieszeniu, za to z jednoczesnym podawaniem środków rodem z obrazu Kurta Wimmera?
– Chcąc wdrażać tego typu rozwiązania, weszlibyśmy na bardzo niebezpieczny grunt. Bez wątpienia byłaby to daleko idąca ingerencja w ludzką psychikę i modyfikacja charakteru – twierdzi adwokat prof. Piotr Kruszyński, karnista z Uniwersytetu Warszawskiego. Przypomina mu to sytuację z filmu „Mechaniczna pomarańcza” Stanleya Kubricka.
– Mógłbym się więc zgodzić na taki środek, ale wyłącznie w stosunku do skrajnie niebezpiecznych osobników, np. tych podlegających ustawie „o bestiach” – zaznacza Kruszyński.
Inną propozycję ma dr Piotr Kładoczny, prawnik z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Jego zdaniem takie rozwiązanie mogłoby zostać wprowadzone, ale tylko za zgodą skazanego.
– Nie do zaakceptowania byłoby przymuszanie osoby do przyjmowania określonych substancji chemicznych. Ale przecież już teraz ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu narkomanii daje możliwość zawieszenia postępowania karnego, jeśli człowiek podda się terapii – przypomina Kładoczny.

Rozwój farmacji powoduje, że coraz częściej mówi się o wykorzystaniu medykamentów przy realizacji polityki karnej państwa. Gdyby istniały pigułki pozwalające na odczuwanie 10 lat w ciągu realnych 8 godz., czy należałoby je podawać więźniom?
Pytanie tak naprawdę zasadza się na tym, co jest celem kary pozbawienia wolności: czy odseparowanie skazanego od społeczeństwa, czy wymierzenie mu dolegliwej kary. Jeśli tylko to drugie, pigułka mogłaby być skuteczna. Nikt z nas nie chciałby czuć, jak przecieka mu dekada przez palce.
Ale prawnicy zwracają uwagę, że byłoby to zbyt proste.
Kamil Mamak podkreśla, że dolegliwość kary pozbawienia wolności bierze się stąd, że zabieramy człowiekowi z puli jego życia pewien wycinek, który bezpowrotnie zostanie utracony. Podczas długiego pobytu w więzieniu mamy ograniczony dostęp do zmian, jakie następują w społeczeństwie, ale także do naszych najbliższych. Nie możemy być świadkami wszystkich ważnych wydarzeń, jakie dzieją się w naszym otoczeniu. Znajomi i rodzina starzeją się, a świat się nieubłaganie zmienia.
– Próba zastąpienia długotrwałych kar tabletkami stwarzającymi wrażenie odczuwania czasu przebywania w więzieniu nie spełniałoby tej odstraszającej funkcji kary pozbawienia wolności. Skazany wiedziałby, że za kilka godzin i tak wróci do rodziny i społeczeństwa, że nic się nie zmieni, większość nawet tej nieobecności nie zauważy – spostrzega autor „Prawa karnego przyszłości”.
Profesor Piotr Kruszyński z kolei podkreśla, że nie warto do prawa karnego włączać wszelkich nowinek technologiczno-medycznych. Bo to, co wydaje się interesujące, może mieć opłakane skutki w rzeczywistości.
– W omawianym przypadku należałoby najpierw zbadać, jaki wpływ to rozwiązanie miałoby nie tylko na skazanego, lecz także na jego bliskich oraz na bliskich ofiary, którym zależy na sprawiedliwości – zaznacza prawnik.

Czy do kodeksu karnego powinna zostać wprowadzona nowa kara: wykluczenie z social mediów, np. z Facebooka?
Ba, w pewnym sensie taka możliwość istnieje już teraz! Obecne przepisy dają możliwość nałożenia na skazanego innego obowiązku, niż wynika to z katalogu zawartego w art. 72 kodeksu karnego. Głośny był przypadek, gdy sąd nakazał obejrzenie „Cudu purymowego” (reż. Izabella Cywińska) nawołującym do nienawiści kibolom. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by zabronił na pewien czas np. korzystania z Facebooka.
– Na dobrą sprawę jest to zatem tylko kwestia poszerzenia świadomości takiej możliwości wśród sędziów i umiejętnego stosowania środków, które są dziś już dostępne – twierdzi dr Mateusz Woiński z Akademii Leona Koźmińskiego.
Dopóki jednak pozostawia się to inwencji sędziów, nie ma co liczyć na częste odcinanie ludzi od social mediów. Potrzebna byłaby nowelizacja kodeksu karnego wprowadzająca wprost taką karę lub tzw. środek karny.
– Nie widzę powodów do twierdzenia, że aktualny system kar jest idealny i powinien pozostać niezmieniony. Kara powinna być dostosowana do człowieka i czasów, w których żyje – wskazuje Kamil Mamak. I dodaje, że wyobraża sobie, iż zakaz korzystania z Facebooka mógłby być dotkliwą i skuteczną karą za przestępstwa popełnione za jego pośrednictwem – np. znieważenie grupy narodowościowej, grożenie komuś, stalking czy zniesławianie swojego szefa na publicznie dostępnej tablicy. Ba, dla wielu osób znacznie dotkliwszą niż „zawiasy”.

Czy za kilka lat polscy więźniowie będą skarżyli się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, że wi-fi w zakładzie karnym działa zbyt wolno, a Facebook jest zablokowany?
Osadzeni już dziś skarżą się na to, że odsiadują wyrok w celi, gdzie na jednego więźnia przypadają 2 mkw. powierzchni. Ale mamy też przypadek Andersa Breivika zbulwersowanego brakiem najnowszych konsol do gier.
– Na razie przyjmuje się, że blokowanie internetu w zakładach karnych uniemożliwia niekontrolowany kontakt osadzonego z innymi osobami. Utrudnia też kierowanie grupą przestępczą. Gorzej, że zakłady karne często nie chcą dać osadzonym dostępu do komputera, który nie jest podłączony do internetu, a mógłby służyć np. do nauki. Ogranicza się również dostęp do Leksa – wylicza dr Piotr Kładoczny.
Z biegiem czasu media społecznościowe oraz dostęp do informacji zaczynają jednak odgrywać coraz większą rolę w naszym życiu. Zdaniem ekspertów niewykluczone więc jest, że w ciągu kilku lat osadzeni będą przed europejskim trybunałem dowodzić, iż w zakładzie karnym niezbędne jest im szybkie łącze internetowe oraz dostęp do mediów społecznościowych. Doktor Woiński zauważa, że takie pojedyncze roszczenia pojawiają się nawet dziś.
– Ich argumentacja opiera się na tezie, że izolacja jest wystarczającą karą i nie powinno się osadzonemu dodatkowo odbierać możliwości prowadzenia w miarę możności normalnego życia, w tym rozwijania zainteresowań czy poszerzania wiedzy. Wyobrażam sobie, że za kilka lat takie argumenty mogą przemawiać do sądów i trybunałów – mówi dr Woiński. Zwraca uwagę, że z biegiem lat koncepcja praw człowieka ulega poszerzeniu i doprecyzowaniu.
– Jeśli więc w przyszłości duża część życia przeniesie się do świata wirtualnego, prawo do internetu może stać się jednym z podstawowych praw człowieka – uważa ekspert.

Grom komputerowym i filmom coraz bliżej do fotorealizmu, szczególnie dzięki wykorzystaniu gogli wirtualnej rzeczywistości. Czy gdyby gracz tak bardzo wsiąkł w klimat, że zatraciłby granicę pomiędzy grą a rzeczywistością i popełnił czyn zabroniony (np. pobił innego człowieka, myśląc, że to przeciwnik w grze), mógłby uniknąć kary?
Do takich przypadków zastosowanie znalazłaby jedna z podstawowych instytucji prawa karnego – błąd co do znamienia.
– To przypadek, gdy np. myśliwy uważa, że strzela do dzika, a w zaroślach jest człowiek – objaśnia dr Mikołaj Małecki. Jego zdaniem to analogiczna sytuacja. Jeśli człowiek wyobrażałby sobie, że nadal walczy z wirtualnymi przeciwnikami i nie uświadamiał sobie, że krzywdzi prawdziwych ludzi, nie dałoby się udowodnić umyślności. – Wraz ze zwiększaniem się immersji multimediów przypadki mylenia avatarów z żyjącymi ludźmi pewnie będą coraz częstsze. Trzeba będzie sobie zadawać pytanie, czy człowiek mógł spostrzec, że nie jest już w grze, tylko w normalnym życiu. Wyobrażam sobie, że wraz z rozwojem grafiki komputerowej ta granica może się zacierać – uważa Mikołaj Małecki.
Doktor Mateusz Woiński zaś tłumaczy, że niemal każdy obrońca starałby się wykazać niepoczytalność swojego klienta. Otwartym pytaniem pozostaje, jak podszedłby do tego sąd.
– Może być oczywiście tak, choć wymagałoby to zasięgnięcia opinii biegłych psychiatrów, że wpływ na ludzkie zachowanie miała rzeczywistość wirtualna. Natomiast pewnie trudno byłoby argumentować, że to była taka okoliczność, której ten sprawca nie mógł się przeciwstawić. A także tego, że ona całkowicie wyłączała poczytalność – uważa ekspert.

Czy bransoletki dla więźniów odbywających karę w systemie dozoru elektronicznego można by zastąpić wirtualnymi goglami, np. Google Glass, z których obraz byłby przesyłany do kontrolującego więźniów funkcjonariusza?
Mateusz Woiński śmieje się, że jeśli chcemy, aby funkcjonariusze mogli oglądać, jak ktoś załatwia swoje potrzeby fizjologiczne oraz jak często kocha się z partnerem, to proszę bardzo… Większość z nas jednak nie chciałaby być na miejscu takiego więźnia.
– Wszystko jest lepsze niż trzymanie skazanego w zakładzie karnym, bo odzwyczaja to od życia w społeczeństwie. Dlatego wszelkie alternatywne pomysły dla odbywania kary warto przeanalizować. Choć zarazem zastosowanie gogli moim zdaniem wchodziłoby w grę jedynie za zgodą skazanego – uważa dr Piotr Kładoczny.
Możliwości techniczne wprowadzenia systemu opartego na goglach zamiast na bransoletkach istnieją już teraz. Przy odpowiednich nakładach nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby to rozwiązanie wprowadzić.
– Należy jednak pamiętać, że każda kara się kiedyś kończy. I trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy kontrola nad skazanym non stop rzeczywiście pozwalałaby mu się należycie resocjalizować i następnie naturalnie zachowywać w społeczeństwie – twierdzi dr Piotr Kładoczny.
Niektórzy eksperci jednak widzą w kontroli opartej na przekazywanym obrazie z wirtualnego nadajnika ogrom plusów. Przede wszystkim do skazanych mogłyby być wysyłane komunikaty. I np. osoba z zakazem wchodzenia do kasyn w pobliżu takiego przybytku byłaby ostrzegana: „Widzę cię, nie wchodź do kasyna”.
– Pełna kontrola nad człowiekiem to ideał. Ale państw totalitarnych – zaznacza dr Mateusz Woiński.

Patryk Słowik, Jakub Styczyński