statystyki

Figielki konstytucyjne (wersja 2.0)

autor: Maciej Jońca26.09.2017, 09:52; Aktualizacja: 26.09.2017, 11:04
prawo, Temida, sąd, wyrok, orzeczenie, sądownictwo

Wraz z nadejściem Cara nastąpił okres rozkwitu ery figielków konstytucyjnychźródło: ShutterStock

Solą w oku sanatorów był Sąd Najwyższy . Problem ten udało się rozwiązać przez przyjęcie w roku 1929 nowego prawa o sądach powszechnych. Mimo sprzeciwu komisji pracującej nad projektem, w ostatniej chwili przemycono do ustawy przepisy zdecydowanie zwiększające uprawnienia ministra sprawiedliwości wobec sędziów

Reklama


W latach 20. XX w. twierdzenie, że w parlamentaryzm w odrodzonej Rzeczpospolitej nie zdał egzaminu, nie było sloganem, tylko dogmatem, do którego w pakiecie dołączano utyskiwania na nierzetelność urzędniczą (nepotyzm i kolesiostwo) oraz przekupne sądy. Dlatego w roku 1926 Józef Piłsudski dokonał okupionego krwią ponad 300 ofiar zamachu stanu, po czym jego otoczenie, które wzięło na siebie ciężar uzdrowienia państwa, z ochotą zabrało się do naprawiania tego, co popsuli inni (pojęcia „układ” jeszcze nie znano). Jeden z ówczesnych spin doktorów obozu piłsudczykowskiego, Adam Skwarczyński, stworzył na tę okoliczność pojęcie sanacji (z łac. sanatio – uzdrowienie), które rychło przylgnęło do obozu reformatorów jako ich znak rozpoznawczy.

Trzonem sanacji stali się byli legioniści, walczący w czasie I wojny światowej pod sztandarami pierwszej, drugiej oraz trzeciej brygady legionów. Ich wysiłek wsparły niespożyte zasoby osobowe „brygad czwartej i piątej”, jak nazywano ludzi, którzy z czynną walką o niepodległość nie mieli nic wspólnego (ba, niektórzy z nich aktywnie wysługiwali się zaborcom), ale do idei oczyszczenia państwa z toczących je patologii zapałali uczuciem szczerym i niezwyciężonym. Naturalnie wśród tego zaciągu nie zabrakło prawników, choć prawdą jest, że ich pozycja nie była najmocniejsza.

Polska stała się wielkim sanatorium, w którym raz po raz aplikowano obolałemu aparatowi państwowemu uzdrawiające kuracje. A że salus aegroti suprema lex (dobro pacjenta najwyższym prawem), nie stroniono od zabiegów drastycznych. Naturalnie nie zawracano sobie głowy, by o zdanie pytać Naród (ówczesny język politycznej debaty nie znał pojęcia suwerena, gdyż za św. Pawłem wciąż wierzono, że wszelka władza pochodzi od Boga).


Pozostało jeszcze 78% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie

Wyszukiwarka kancelarii

SzukajDodaj kancelarię

Polecane

Reklama