statystyki

Warszawskie kryminały reprywatyzacyjne

autor: Ewa Andruszkiewicz26.05.2017, 07:16; Aktualizacja: 26.05.2017, 08:58
akta, archiwum

Reprywatyzacja w Warszawie: Akt podpisał notariusz, który nie był notariuszem, w mieszkaniu, które nie istniało. Dokument pochodzi z 1947 r., a stał się podstawą do zwrotu budynku, który został wybudowany lata później.źródło: ShutterStock

Akt podpisał notariusz, który nie był notariuszem, w mieszkaniu, które nie istniało. Dokument pochodzi z 1947 r., a stał się podstawą do zwrotu budynku, który został wybudowany lata później.

Reklama


Fragment warszawskiej ul. Narbutta po parzystej stronie, od dzisiejszego skweru Słonimskiego po al. Niepodległości, po wojnie był jednym wielkim gruzowiskiem. Na zdjęciach lotniczych zrobionych niedługo po wyzwoleniu stolicy widać ruiny kamienicy Narbutta 58. Bez dachu, z wypalonym wnętrzem.

Właśnie w tych spalonych murach Zygmunt Anyżewski, przedstawiający się jako zastępca notariusza Bronisława Czernica, miał zimą 1947 r. przy trzaskającym mrozie, w ciemnościach rozświetlanych świecą, sporządzić akt przeniesienia własności do numeru 60, wówczas jedynie pustej działki, ale dzisiaj wartej wiele milionów złotych.

Kim byli notariusz i jego zastępca?

Budynek, którego nie było

Tych pytań nie zadawał sobie Jerzy M., były zastępca dyrektora rozwiązanego warszawskiego Biura Gospodarowania Nieruchomościami, gdy 26 maja 2014 r. oddał w użytkowanie wieczyste grunt pod budynkiem na Narbutta 60 prywatnym właścicielom, którzy byli w posiadaniu odpisu dokumentu i przedstawiali się jako spadkobiercy kupującego nieruchomość. Tą sprawą jako pierwszą ma się zająć sejmowa komisja weryfikacyjna ds. warszawskiej reprywatyzacji.

M. zgodził się także oddać im budynek, ale tu ostro zaoponowali mieszkańcy. W kamienicy na Narbutta 60 jest 14 mieszkań. Cztery z nich zostały kupione przez lokatorów, zanim zapadła decyzja o zwrocie nieruchomości. Pozostałe znajdowały się w zasobie komunalnym miasta. Nim jeszcze urząd dzielnicy podjął ostateczną decyzję o zwrocie, powołał spadkobierców do zarządu wspólnoty, choć nigdy oni tam nie mieszkali. Ale posiadali 72 proc. udziałów w nieruchomości, więc uznano, że z ich głosem należy się liczyć. Nowi właściciele rozpoczęli rządy od remontów. Wymienili dach, położyli elewację, wewnątrz zarządzili wymianę rur i generalną renowację klatki schodowej. Za wszystko płacił mokotowski urząd. Rachunki przekroczyły ćwierć miliona złotych.

W BGN nikt nie zawracał sobie głowy historią nieruchomości. Kamienica wygląda solidnie, więc starszy specjalista biura Waldemar G. wystawił opinię, że budynek wybudowano przed 1945 r. – a to oznaczało, zgodnie z zasadami obowiązującymi przy reprywatyzacji, że wszystkie mieszkania komunalne muszą być nieodpłatnie przekazane spadkobiercom. Wtedy do akcji wkroczyli mieszkańcy, którzy złożyli do prokuratury doniesienie na specjalistę – wskazywali, że G. poświadczył ewidentną nieprawdę. Bo budynek przy Narbutta 60 wybudowano po wojnie i oddano do użytku w 1955 r., na co jest pełna dokumentacja. Wtedy też o sprawie dowiedziały się lokalne media i zaczęły zadawać trudne pytania. Mokotowski tygodnik „Passa” przeprowadził dziennikarskie śledztwo i zmusił pracowników ratusza, urzędu dzielnicy, kilku ministerstw oraz prokuratorów do wyjaśniania rażących nieprawidłowości przy podejmowaniu decyzji o zwrocie kamienicy.


Pozostało jeszcze 73% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie

Wyszukiwarka kancelarii

SzukajDodaj kancelarię

Polecane

Reklama