Proces wzięcia władzy sądowniczej pod but rozpoczęto od rozprawy z KRS. Dlaczego? Bo rada stoi przecież na straży niezawisłości sędziów i niezależności sądów. A – jak wiadomo – uderz w pasterza, a owce się rozpierzchną. Metoda stara jak świat. Klasyka po prostu.

W resorcie sprawiedliwości powstał projekt odpowiednich zmian w ustawie o KRS. Pierwszą jego wersję poznaliśmy w maju zeszłego roku. I miało być tak pięknie... Projekt przewidywał, że sędziów do KRS będą wybierali w wyborach bezpośrednich sami sędziowie. Zmiana ta, choć miała i przeciwników, wywołała spory entuzjazm w środowisku, zwłaszcza wśród przedstawicieli sądów rejonowych. Tych bowiem od lat w KRS jest jak na lekarstwo, a winić za to można obowiązujący – mocno skomplikowany – model wyłaniania kandydatów do rady. W efekcie – twierdzili krytycy – KRS nie do końca spełnia swoje obowiązki i nie zawsze działa w imię dobrze pojętego interesu środowiska.

Na ówczesny projekt przychylnym okiem patrzyłam więc i ja. Nie jestem przecież głucha, a głosy krytyczne względem KRS pojawiały się od lat. I w niektórych przypadkach trudno się było z nimi nie zgodzić. Może więc pomysł resortu pomógłby to zmienić – myślałam. Nie wszystko jednak budziło mój zachwyt. Nie spodobała mi się np. propozycja przerwania kadencji wszystkich członków rady pochodzących ze środowiska sędziowskiego. Zwłaszcza że projekt nie przewidywał równocześnie „wyczyszczenia” rady z członków będących politykami lub ich reprezentujących.

Ale to była dopiero rozgrzewka. Bo Ministerstwo Sprawiedliwości okazało się prawdziwym mistrzem suspensu. Po upływie sześciu miesięcy, podczas których nie działo się w sprawie rady nic znaczącego, przedstawiło projekt, w którym dokonało wolty o 180 stopni. Zgodnie z najnowszą wersją resortowego pomysłu to nie sędziowie w demokratycznych wyborach będą wybierali swoich przedstawicieli do rady, ale Sejm. Pomysł z piekła rodem – pomyślałam. W jeszcze większe osłupienie jednak wprawiło mnie jego uzasadnienie. Otóż przedstawiciele resortu stwierdzili, że dzięki temu obywatele zyskają większy wpływ na to, kto zostanie do rady wybrany, a przez to również na całą władzę sądowniczą. I dzięki temu ulegnie urzeczywistnieniu art. 4 konstytucji, zgodnie z którym zwierzchnia władza należy do narodu. Mówiąc wprost: lud wybierze sędziów do KRS rękami swoich przedstawicieli. Brzmi znajomo, prawda?

Ale nie był to koniec niespodzianek, które szykował resort sprawiedliwości. Wczoraj pojawiła się kolejna wersja projektu, która niewiele zmienia w kwestii merytorycznej, a jedynie pokazuje, jak bardzo rządzącym śpieszno do urzeczywistnienia swoich planów. Zgodnie z ostatnią propozycją kadencje obecnych członków KRS będących sędziami mają zostać wygaszone nie w ciągu trzech miesięcy, tak jak zakładano do tej pory, a zaledwie po 30 dniach od wejścia w życie projektowanych rozwiązań.

Biorąc pod uwagę obecne tempo uchwalania przepisów przez Sejm, możemy się spodziewać, że być może jeszcze przed wakacjami będziemy mieli zupełnie nową radę. Zapewne lepszą, bo wybraną przez tych, którzy mylą się niezwykle rzadko. A przynajmniej sami tak uważają. Co gorsza, projekt skraca również kadencje rzecznika dyscyplinarnego sędziów oraz jego zastępców. Oni również będą musieli pożegnać się ze stanowiskami w ciągu 30 dni od dnia wejścia w życie noweli. A to oznacza, że nowych rzeczników wybierze już nowa rada. Ta wybrana przez polityków, nie sędziów...

Nie chciałabym jednak wyjść na taką, co to tylko narzeka i wszystko, co zrobi resort kierowany przez Zbigniewa Ziobrę, potępia w czambuł. Dlatego też zaznaczę, że w projekcie znalazły się i takie rozwiązania, które są odpowiedzią na pewne niepożądane zjawiska, o jakich w środowisku szepcze się od wielu lat. A mimo to nikt do tej pory oficjalnie nie zwracał na nie uwagi. Chodzi o sędziów nadużywających stanu spoczynku. Bulwersujące są przypadki, kiedy trzydziestoparoletni sędzia jest przenoszony w stan spoczynku i z niego nie rezygnuje, mimo że jego zdrowie poprawia się na tyle, że mógłby wrócić do pełnienia służby. Resort proponuje, aby po wcześniejszym przejściu w stan spoczynku sędziowie otrzymywali uposażenie w wysokości obniżonej o 25 proc. w stosunku do tego, co im dziś przysługuje. Nie wiem, czy takie rozwiązanie jest najwłaściwsze. Ale za dobrą monetę biorę już sam fakt, że w końcu znalazł się ktoś, kto próbuje coś z tym zrobić.

Na koniec kilka słów wyjaśnienia. Wiem, że w sądach dochodzi do patologii. Że niektórzy sędziowie wydają niesprawiedliwe wyroki. Że nie wszyscy są uczciwymi obywatelami. I, tak jak wszyscy, chciałabym, żeby takich przypadków było jak najmniej. Mam przecież świadomość, że w pewnym momencie i ja mogę się stać ofiarą. Ktoś mógłby więc zapytać, czemu bronię sędziów. Tyle tylko że jest to pytanie z serii: „kiedy przestanie pan bić żonę?”. Ja bowiem nigdy sędziów nie broniłam i nadal nie będę tego robić. Ja konsekwentnie, od wielu już lat bronię konstytucji. Całej. Nie tylko jej artykułu czwartego.